TOPR 2. Nie każdy wróci
Tych wniosków jest tu mało. Statystyki wypadkowości w Tatrach rosną. Jest to konsekwencją rosnącego ruchu turystycznego – moim zdaniem w tej chwili na granicy szaleństwa. Przed pandemią mówiło się o 3,5 – 4 mln turystów rocznie, w zeszłym roku Tatry odwiedziło 5 mln ludzi. To tyle, co Yellowstone. Tylko, że Yellowstone jest 10 razy większy od Tatr… Zarazem jednak mamy coraz lepszy dostęp do informacji: przewodników, map, prognoz pogody, coraz lepszy jest też sprzęt górski. Dlaczego więc liczba wypadków jest taka duża? Ano dlatego, że większość osób jeżdżących teraz w góry to kompletni laicy, niezainteresowani nawet tym, żeby się lepiej do wędrówki przygotować. Jadą na 3 dni, to po co kupować dobre buty? Pchają się z dzieckiem na Giewont. Wychodzą na szlaki zagrożone lawiną. A zwrócisz uwagę, to usłyszysz: a co to Pana/Panią obchodzi? A potem słyszy się wymówki: byliśmy pierwszy raz, więc nie byliśmy świadomi zagrożeń. Serio? I pretensje oczywiście do wszystkich, tylko nie do siebie. Oskarżymy i samego Boga, że pogoda była nie taka, jak powinna… Polacy celują w takim podejściu, a wynika to moim zdaniem tego, że nie mamy żadnego respektu do naszych gór – wydają się nam niskie i niegroźne. Problem polega też na tym, że uczą się tylko ci, którzy bezpośrednio czegoś doświadczyli, a reszta – robi swoje. Ci, którzy przeżyli burzę na Giewoncie na pewno na drugi raz sprawdzi pogodę wybierając się w góry. Ale pozostali? I nie pomagają tu żadne akcje uświadamiające, prośby, groźby, ostrzeżenia… Ludzie w dzisiejszych czasach są bardzo odporni na takie rzeczy, bo każdy przecież wie najlepiej. Na drugim biegunie są ci, którzy jadą po adrenalinę, po ryzyko, żeby eksplorować to, co jeszcze niepoznane (często nielegalnie) – jak owi wrocławscy grotołazi. Ci ludzie zatem są świadomi niebezpieczeństwa, ale je ignorują, podobnie jak pozostali myśląc, że jak coś się stanie, to TOPR ich uratuje. Sabała-Zielińska ubiera moje myśli w słowa:
Na naszych oczach ginie etos człowieka gór. Często nie szukamy w nich metafizycznych przeżyć, tylko traktujemy je jak stadion sportowy. Zdobycie szczytu nie jest już niczym wzniosłym, jest co najwyżej czymś, czym warto pochwalić się w mediach społecznościowych. (…) Majestat gór pozostaje niedostrzeżony. Zaśmiecany i okradany z ciszy. Góry przestały być święte.
Ludzie mylą beztroskę z wolnością. Nierozwagę nazywają ułańską fantazją, zrodzoną rzekomo z odwagi. Tyle, że szarżują, mając na podorędziu TOPR.
Pojawia się również pytanie, gdzie leży ta granica tego, jak bardzo powinni się narażać. Zastanawia mnie jak to jest, że jest trudna akcja, przyjeżdżają do niej też inne służby, jak straż pożarna, wojsko, czy ratownicy z innych krajów – i stwierdzają, że oni się nie podejmą. A TOPR się podejmuje. Z jednej strony wyczyn, z drugiej – jak przyznają sami TOPR-owcy – to przyzwolenie na przesuwanie granic. I to, moim zdaniem za słabo wybrzmiewa w tej książce, za mało jest o tym dyskusji. Dominuje u nas ciągle romantyczne myślenie, że trzeba się poświęcać i to najlepiej za darmo. Za uścisk ręki, czy jakieś oznaczenie. To jest
problem, o którym się u nas nie mówi, w imię chyba pielęgnowania
jakiegoś chorego etosu, bohaterstwa. A powinno się. Bo
skoro wymaga się od ratowników, powinno się też wymagać od turystów. Beata Sabała-Zielińska sama przyznaje, że ta książka powstała właśnie po to, by zwrócić na to uwagę (a nie z chęci opisania dwóch dużych wypadków). A także z rozgoryczenia ratowników tym, jakie jest w Polsce podejście do ratownictwa, w tym hejtu, jaki się wylewa, kiedy coś idzie nie tak. Tego typu refleksje powinny były zająć miejsce tych fragmentów, które opisują jakieś zdarzenia sprzed kilkudziesięciu lat i ewidentnie nie pasują do reszty książki. A jakieś wnioski z tego, co wydarzyło się na Giewoncie? Wypadek masowy w górach? Czy ktoś myśli o tym, że skoro liczba turystów się zwiększa, to powinno być też więcej ratowników? I wreszcie: są statystyki, ale brakowało mi jednego: rachunku. Ile kosztowały te akcje i kto za to zapłacił.
Może to jednak nie są tematy na taką książkę, skierowaną przecież do „ogółu”, tym się powinni zająć decydenci. – zatem jest momentami smutno, momentami dramatycznie, ale mimo wszystko napisane tak, żeby ludzi za bardzo nie niepokoić, a żeby wlać w nich trochę ciepełka, że TOPR czuwa.
Jeden rozdział mnie natomiast umęczył – ten, w którym ratowników się gloryfikuje i idealizuje. Że męscy, zaradni, a w dodatku świetni mężowie i ojcowie… I nie chodzi mi o to, że to nie są fajni ludzie – bo są, i żeby ich nie chwalić, tylko, że ten rozdział jest strasznie seksistowski i czułam absmak przy jego lekturze. Bo wynika z niej, że TOPR-owcy to wyłącznie mężczyźni: jak ratownik to on, ona tylko jako żona, ewentualnie matka. Jest to przedstawione jako oczywistość, autorka w ogóle się nad tym nie zastanawia. A ja tak. Czy stoją za tym jakieś obiektywne przyczyny? Dziś kobiety są nawet w wojsku. Ale nie w TOPR, bo TOPR kobiet nie chce. To ma być dalej elitarny, męski klub, pewnie jeden z nielicznych już w dzisiejszych czasach. Bo, co jest wyraźnie napisane – ta praca jest ciekawa, rozwijająca i prestiżowa (nawiasem mówiąc jest to kuriozum, że jakieś zajęcie uchodzące za męskie i do tego prestiżowe jest tak słabo płatne…). Zastanawiałam się, na którym etapie córeczki ratowników, które chciałyby pójść w ślady tatusia, są uświadamiane, że „nie możesz, bo nie jesteś chłopcem”. Jak w ubiegłych wiekach…
Podsumowując: dobra, ale nie tak dobra, jak część pierwsza. I obawiam się, że do wielu czytelników nie dotrze jej przesłanie, bo jest ono dosyć rozmyte, za słabo wybrzmiewa - a skupią się oni tylko na „akcji” i sensacji.
Gatunek: reportaż
, TOPR 2. Nie każdy wróci, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2022
Komentarze
Prześlij komentarz