• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Profesor Stoner


    A czego się spodziewałeś?

    Wielkiej miłości, wspaniałej rodziny, interesującej pracy, przygód, sukcesu finansowego, mrowia znajomych, sławy. Taka jest definicja udanego życia dzisiaj. W definicji tej nie mieści się przeciętność, szare poranki, uciążliwe obowiązki dnia codziennego, płacenie rachunków, użeranie się z nieznośnymi dzieciakami, migreny, zmęczenie zbyt wielkie, by udać się na kolejną imprezę, ochota, by zostać w domu i nie robić nic, depresja, czy wreszcie niepowodzenia w życiu osobistym. Nie tego się spodziewamy. Oczekujemy, że nasze życie będzie wspaniałe. Jak bardzo możemy się pomylić - to pokazuje powieść Johna Williamsa Profesor Stoner. To powieść staroświecka w prawdziwym tego słowa znaczeniu, choć nie została przecież stworzona tak dawno temu, a jej akcja umiejscowiona jest w początkach XX wieku. A jednak czytając ją, miałam wrażenie, jakbym przeniosła się wiele, wiele lat wstecz. Do czasów, gdy ludzie ciężko pracowali, przyjmując życie, takim, jakim jest, nie zastanawiając się nad tym, czy mogłoby ono być lepsze - bo przeważnie i tak nie mieli innych perspektyw. Pod tym względem akurat los był dla Stonera łaskawy. Dał mu szansę na odmianę swojego przeznaczenia. Porzucenia niewdzięcznej pracy na roli i wejścia do klasy inteligencji. Tak też Stoner uczynił, kończąc studia i zostając akademickim nauczycielem. Roztropnie nie pozwalając się zabić w I wojnie światowej dał też sobie szansę na długie i udane życie. A potem ją zmarnował.

    Oto kluczowe pytanie, które pobrzmiewa nad tą lekturą: czy egzystencja Stonera była porażką? Nie ma bowiem w niej niczego niezwykłego: żadnych brawurowych przygód, spektakularnych wzlotów, czy upadków, niczego, czego spodziewamy się dziś. Mamy spokojnego bohatera, wcale nie pragnącego więcej, więcej. Zanim nie przeczytałam tej powieści myślałam sobie, że może ona obrazować po prostu zwykłe życie, dotyczące tak wielu z nas, na które przecież nie patrzymy przez pryzmat porażki. Pod tym względem zamysł powieści kojarzył mi się mocno z Poczuciem kresu Juliana Barnesa. Z wiekiem akceptujemy to, że młodzieńcze iluzje się najczęściej nie spełniają, że nie można mieć wszystkiego, a świat wcale nie leży u naszych stóp. Może czujemy się rozczarowani, że tak to wygląda. Ale mimo to, możemy być szczęśliwi, jeśli tylko nauczymy się cieszyć tym, co mamy oraz znajdziemy w sobie siłę, by walczyć, jeśli jest o co. Sam autor pisze, że uważa, iż Stoner miał "dobre" życie, ba "lepsze nawet od tego które ma większość ludzi" (być może ta powieść jest częściowo autobiograficzna). Po przeczytaniu książki pozwolę jednak się z nim nie zgodzić. Może jest przeciętne, ale nie dobre. Moja definicja "dobrego życia" jest inna, nawet jeśli nie zgadzam się ze współczesnym pędem do sukcesu za wszelką cenę. Oto bowiem Stonera można określić poprzez mało frapującą pracę na uczelni (całe życie tej samej), konflikty z innymi wykładowcami, a także zupełnie nieudane małżeństwo oraz wycofywanie się w świat własnych zajęć, pisania książki. Która również nota bene nie odniosła sukcesu. Bohater szybko osiadł na laurach. Nie jest człowiekiem działania, właściwie to swoje działania ogranicza do niezbędnego minimum. Tym bardziej zdziwiło mnie w takim razie, iż - jak go opisuje autor - jest również nieskłonny do introspekcji. Zamknięty w sobie (nawet przed samym sobą), beznamiętny, pozbawiony emocji. Inteligentny, lecz zbyt tchórzliwy i leniwy, by cokolwiek zmienić. Najbardziej uderzyło mnie to w odniesieniu do nieudanego życia osobistego bohatera: jego małżeństwo jest zupełną klęską, żona nie żywi do niego żadnych głębszych uczuć (a on do niej chyba też nie), a w dodatku sprawia wrażenie niezrównoważonej. Mimo to Stoner znosi to z pokorą; ani nie zbliża się do żony, ani nie próbuje zakończyć tej małżeńskiej farsy; można spokojnie powiedzieć, że sam jest sobie tu winien - w końcu sam sobie wybrał towarzyszkę życia, kierując się wyłącznie jej wyglądem... Na domiar złego, bohater nie robi również nic, gdy spotyka kobietę, z którą połączy go prawdziwa miłość. Nie walczy, choć ma przecież tak mało do stracenia, pozwala jej odejść. To zupełnie pogrążyło go w moich oczach. Rozumiem, że z pewnymi rzeczami trzeba się pogodzić, lecz czym innym jest stoicyzm w obliczu przeciwności losu, a czym innym bierność i rezygnacja. Stoner to człowiek bierny, poddający się po prostu nurtowi - patrzy na swoje życie, jakby nie dotyczyło ono jego i jakby jego los od niego nie zależał. Jedyny pazur pokazuje, kiedy - dosyć nieoczekiwanie  - przeciwstawia się swojemu zwierzchnikowi na uczelni, w obronie swoich ideałów. Ten epizod był dla mnie jednak mało wiarygodny w kontekście charakterystyki Stonera. Tak, Profesor Stoner to dla mnie memento jak NIE POWINNO się postępować, by nie zmarnować sobie jedynego życia, które mamy. Jak ktoś to słusznie określił "misterium porażki". Nie raz czeka nas rozczarowanie, bo życie to sinusoida, ale dobrze mieć oczekiwania i nauczyć się czerpać z życia tyle, ile tylko się da, zamiast tkwić w utartych koleinach, a pod koniec życia odczuwać tylko zrezygnowanie.

    Słów jeszcze kilka na temat stylu Profesora Stonera. W tym również przejawia się jego staroświeckość. Williams pisze okrągłymi zdaniami, posługując się wyrafinowanym słowami, co przywodziło mi na myśl pisarzy XIX-wiecznych. Tu ważne są niuanse, a w tekst trzeba się wczytywać, a nie przelatywać przezeń wzrokiem. Także konstrukcja głównych postaci bardziej przystaje do literatury XIX-wiecznej. To bohaterowie pełni dostojeństwa, skrępowani całym szeregiem nieprzekraczalnych reguł społecznych, typowej mieszczańskiej moralności, nie ujawniający swoich myśli, ani emocji. Ich postępowanie i motywacja jest wobec tego często dla czytelnika niezrozumiała. W szczególności dotyczy to żony Stonera, ale także jego samego, jak i jego córki. Czytelnika, przyzwyczajonego do kryminałów i sensacji, brawurowych zwrotów akcji, a nawet literatury obyczajowej obfitującej w szereg nietypowych wydarzeń - Profesor Stoner może setnie znudzić. Moim zdaniem zbyt dużo miejsca poświęcił autor na przytoczenie akademickich wykładów, zrozumiałych tylko dla literaturoznawców. 

    Prawdopodobnie jest to dobra, inteligentna proza, chociażby dlatego, że wczuwamy się w sytuację głównego bohatera, nawet jeśli wyrzucamy mu nieudacznictwo. Porusza ona w nas jakieś struny, w tym niepokój, jak nasze życie zostałoby ocenione, gdyby poddać je takiej wiwisekcji, jak życie Stonera. Ale nie wiem, czy Stoner zasługuje aż na miano klasyki (zwłaszcza klasyki XX-wiecznej). Nie rozumiem jej współczesnego fenomenu (tego odkrycia po latach) - być może wynika on ze szczerości w przyznawaniu się do fiaska - to jest coś, czego raczej dziś nie praktykujemy, w dobie kultu sukcesu. Dziś raczej szarpiemy się z losem, niż mu poddajemy. Może niepotrzebnie, skoro w wielu przypadkach i tak dochodzimy mniej więcej do tego samego, co Stoner... Może wielu ludzi identyfikuje się z Williamem Stonerem, choć na głos by się do tego nie przyznało. Dobra to książka, choć mnie nie podoba się wizja nakreślona przez Johna Williamsa. Mam wrażenie, że w każdej, najbardziej nawet przeciętnej egzystencji jest więcej radości, drobnych nawet chwil szczęścia, niż u Stonera. Lektura ta jest przytłaczająca, gorzka i śmiertelnie poważna. Brak jej nawet iskierki poczucia humoru, a bez tego w życiu jest okropnie ciężko. Wiem, że na pewno drugi raz po nią nie sięgnę.

    Metryczka:
    Gatunek: powieść obyczajowa
    Główny bohater: William Stoner
    Miejsce akcji: Stany Zjednoczone
    Czas akcji: I połowa XX wieku
    Ilość stron: 277
    Moja ocena: 4/6

    John Williams, Profesor Stoner, Wyd. Sonia Draga, 2014


    4 komentarze:

    1. Zgadzam się z Tobą w 100%. Dla mnie tez jest to studium o tym, jak się nie powinno zyc. Choc w tym konkretnym przypadku nie nalezy zapominac, ze kiedys bylo trudniej walczyc o np. milosc poza malzenstwem. W przypadku Stonera rozwód i związany z nim skandal mogly go kosztowac posadę w czasach Wielkiego Kryzysu. Natomiast zupelnie nie mogę zrozumiec, dlaczego "odpuscil" sobie córkę pozostawiając ją na pastwę tej strasznej matki. I niszcząc jej zycie.

      OdpowiedzUsuń
    2. Lubię książki, w których dużo się dzieje - kryminały, fantastykę i powieści obyczajowe, dlatego do dziś dziwię się, że ta książka tak bardzo mnie wciągnęła. Życie Stonera było dojmująco smutne, przeraża mnie fakt, że ktoś mógł żyć w ten sposób, ale pewnie niejeden z nas żyje. Zgodzę się z Agnieszką - też nie rozumiałam tego, że bohater nie zawalczył o córkę.

      OdpowiedzUsuń
    3. Postać Stonera mnie zaintrygowała... Nie znam tej pozycji i chyba nawet słyszę o niej po raz pierwszy. Choć nie przepadam za takimi ciężkimi powieściami to jednak w pewien sposób mnie one hipnotyzują. Będę się rozglądać za tą powieścią, ale nie będę jej gonić... Tym bardziej jeśli jest smutna. Ale wiadomo. Czasami taka ciężka dawka lektury jest potrzebna.

      OdpowiedzUsuń
    4. Dziwna sprawa, zgadzam się prawie ze wszystkim, co napisałaś, ale mnie się "Profesor Stoner" bardzo podobał :) Główny bohater niemożliwie irytujący, fabuła płaska, a ja i tak słuchałam z przyjemnością (audiobook złapałam). Tylko czy styl, który bardzo mi się podobał, mógł zrównoważyć minusy? No nie bardzo, więc to chyba jak zwykle kwestia gustu :)

      OdpowiedzUsuń

     

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl