• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Kobieta kontra samiec


    O tym, że być dojrzałą kobietą na polskiej wsi jest proste jak bułka z masłem, dowiedziałam się właśnie z Obietnicy Łucji. A co też na ten temat ma do powiedzenia przedstawicielka brytyjskiej klasy średniej? Biorąc do ręki tę książkę, myślałam, że będę kiwać potakująco głową, jak te sztuczne pieski, które były wożone w samochodach. Jaka też z tej Cailin Moran feministka (a już na pewno nie wojująca) - myślałam sobie - normalna, logicznie myśląca kobieta. Nie dająca sobie wyprać mózgu. Wreszcie ktoś, kto powie na głos to, co wszystkie myślimy. Nie będzie opowiadać o dyskursie, parytetach i szklanym suficie, albo o fallogocentryzmie. Tylko o tym, dlaczego do cholery musimy się depilować, ciągle odchudzać, walczyć z celulittem i zmarszczkami, nosić szpilki, znosić seksistowskie dowcipy, wdzięczyć się przed facetami, godzić życie zawodowe z rodzinnym, a w końcu i tak nasz termin przydatności kończy się w okolicach 40-tki. Proste kwestie, które codziennie zaprzątają każdą z nas. No i tak, tego w zasadzie dotyczy książka Moran i rzeczywiście znalazło się w niej kilka celnych zdań, z którymi na pewno się zgodzę.

    Pierwszą z nich jest wizerunek feministki i rozumienie słowa feminizm. To sławetne hasło "nie jestem feministką, ale...". Nawet Wysokie Obcasy pytają "Dlaczego wkurzają nas feministki". W Polsce feministki kojarzą się bowiem z zadymami i natrętną ideologią, oderwaną od realnych problemów Polek. Tak, mnie też wkurzają te panie profesorki, dyskutujące nie wiadomo o czym (bo używają takich słów, że nikt ich nie rozumie); wkurza mnie to, że kiedy czytam coś dotyczącego feminizmu, najczęściej jest to kompletnie niestrawny akademicki bełkot, jakby feminizm to nie były sprawy dotyczące połowy ludzkości, ale abstrakcyjne zagadnienie dla naukowców. Ale nie oznacza to, że skreślam sam feminizm. Jestem za równouprawnieniem, ale nigdy nie nazwę się feministką - oświadcza pewna pani. To absurdalne. Śladem Moran można zapytać twierdzących w ten sposób kobiet: Która część "wyzwolenia" kobiet wam się nie podoba? Prawo do głosowania? To, że nie jesteście własnością mężczyzny, który się z wami ożenił? Kampania na rzecz zrównania płac? Vogue Madonny? Dżinsy? Czy te wszystkie przywileje DZIAŁAJĄ WAM NA NERWY? Problem niezrozumienia feminizmu nie jest jednak tylko nasz, polski, o czym świadczą słowa Moran. Chyba więc w największym skrócie chodzi o to, że ludziom wydaje się, że feministki nienawidzą mężczyzn (choć jakoś z tego, że mężczyźni całe lata zachowywali się w sposób wyraźnie wskazujący, że nienawidzą kobiet, nikt nie robi problemu). Caitlin Moran proponuje kobietom poddać się banalnie prostemu testowi: Włóż rękę do majtek. Pytanie nr 1: czy masz waginę? Pytanie numer 2: czy chcesz o niej decydować? Jeśli na oba te pytania odpowiedziałaś twierdząco - jesteś feministką. I to tyle na ten temat.

    Druga istotna sprawa dotyczy praw reprodukcyjnych. Kobiety ciągle są pytane o to, kiedy (a nie CZY) zamierzają mieć dzieci, co w domyśle znaczy ni mniej, ni więcej: kiedy to wszystko spieprzysz. Kiedy odejdziesz w niebyt, żeby zajmować się kupkami, kolkami i przedszkolem. Ciągle uważa się, że największym osiągnięciem kobiety i czymś, bez czego kobieta nie jest do końca kobietą - jest macierzyństwo. Nic pod tym względem się nie zmieniło od czasów, gdy uważano, że kobieta nadaje się TYLKO do rodzenia dzieci. Różnica jest tylko taka, że teraz możemy pracować (hurra) i mieć własne zainteresowania, co oznacza mniej więcej tyle, że kiedy na świecie pojawiają się dzieci musimy zapierdalać na dwóch lub trzech etatach. Jakoś jednak nie uważa się, że bezdzietni mężczyźni są gorsi od tych, którzy są ojcami. Nie wspominam już o tych panach - nawet sławnych i wybitnie utalentowanych - którzy okazali się beznadziejnymi rodzicami, znęcając się nad swoim potomstwem, albo je porzucając. I nikt nie ma o to do nich pretensji. Rozdziały poruszające kwestię posiadania dzieci są chyba najbardziej istotne w tej książce, a najlepszy jest rozdział o aborcji: najmniej chaotyczny i najbardziej sensowny. I bez głupich żartów. Tyle, że w naszym kraju dyskutowanie o aborcji jest obecnie zupełnie abstrakcyjne.

    Nie mogę zrozumieć argumentów przeciwko aborcji, które koncentrują się na świętości i nienaruszalności życia. Jako gatunek w sposób wyczerpujący zademonstrowaliśmy, że nie wierzymy w świętość życia. Akceptacja wojny, głodu, epidemii, bólu i dożywotniej skrajnej nędzy pokazała, że cokolwiek byśmy sobie wmawiali, to poczyniliśmy dość nikłe starania o to, żeby traktować ludzkie życie jako świętość.
    Nie rozumiem więc, dlaczego to właśnie na kobietach w ciąży (...) powinna spoczywać większa presja co do ochrony życia, niż, powiedzmy, na Władimirze Putinie, Banku Światowym, czy Kościele katolickim.

    Wreszcie trafny jest wieńczący książkę rozdział o starzeniu się oraz uwagi autorki, dotyczące tego, że my kobiety - w przeciwieństwie do zadowolonych z siebie mężczyzn - ciągle stwarzamy sobie problemy. Wszystkie chcemy być księżniczkami i być idealne, co nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem. To jednak truizm. W wielu innych kwestiach mam jednak mieszane uczucia względem poglądów Caitlin Moran. Wcale nie uważam, że potrzeba nam więcej pornografii dla kobiet, nie mam też potrzeby odwiedzania klubów nocnych oraz zachowywania się tak, jak facet. Najogólniej rzecz biorąc, trudno mi się zgodzić z tym, że bycie kobietą sprowadza się do seksualności - a czytając Caitlin Moran, odnosi się takie wrażenie. Właściwie wszystko kręci się tu wokół seksu i spraw płci. W gruncie rzeczy Jak być kobietą jest autobiografią dziennikarki, skoncentrowaną na jej doświadczeniach seksualnych. Moran dorastała w biednej rodzinie, była nieatrakcyjną, grubą nastolatką - tylko czy naprawdę musiałam czytać o tym, jak użerała się ze swoim pierwszym okresem, goliła włosy łonowe, albo podrywała głupio wszystko, co się rusza i jest rodzaju męskiego? Nie wiem czy Moran zauważa, że wpisuje się dokładnie w typowo brytyjski model "kobiecości", w którym młode kobiety upijają się do nieprzytomności, ćpają i pieprzą się z kim popadnie. Wręcz należy to do ich obowiązków, tak samo jak bycie seksowną, nawet jeśli jest się grubą i niezgrabną. Dzisiejsze kobiety powinny także dzielić wiele upokarzających doświadczeń, takich jak: zajadanie smutków, a potem odchudzanie się, zakupoholizm, wydzwanianie do facetów, którzy ich nie chcą, paradowanie w zbyt obcisłych i niewygodnych (i najczęściej także niegustownych) ciuchach, czy udział w idiotycznych zabawach na wieczorach panieńskich. To jest  kanon, a Moran jest tego przykładem - wpada we wszystkie stereotypy. JEST taką prawdziwą Bridget Jones. Która w dodatku nie grzeszy inteligencją. Bo czyż można uznać za inteligentną kobietę, która w wieku 24 lat nie wie, że podatki NIE SĄ nieobowiązkowe i trzeba je płacić, a spodziewając się dziecka - nie wie jak przebiega poród? A jej feministyczną idolką jest...Lady Gaga. No, ale akurat inteligencja obowiązkiem kobiety NIE JEST.

    Moim zdaniem wygląda to tak, jakby autorka napisała książkę o kontrowersyjnych tematach w czysto komercyjnym celu. Bo to się sprzeda. Wszyscy będą chcieli czytać o cyckach, cipkach i bzykaniu, a nie o prawach kobiet. Inaczej nie mogę sobie wytłumaczyć wielu, wielu fragmentów, znajdujących się w Jak być kobietą. Czy naprawdę takie istotne jest jak nazywać swoją pochwę, a w szczególności, jak nazwać pochwę nowo narodzonej córeczki - a temu zagadnieniu autorka poświęca cały rozdział. Czemu służyły rozważania o kobiecej bieliźnie? Co wynika z rozdziału o otyłości, poza użalaniem się autorki na to, że zaburzenia łaknienia nie są postrzegane na równi z innymi nałogami? Co to jest seksizm i jak sobie z nim radzić, też się nie dowiedziałam (za to poczytałam o nieudanym młodzieńczym związku Moran). Rozdział o ubraniach - to było akurat fajne, trafne i jako jedyne w całej książce nie dotyczące bezpośrednio seksu. Czytając Jak być kobietą, najczęściej zadawałam sobie pytanie: ale o co właściwie autorce chodzi. Bo nawet jeśli jest w tym jakiś przekaz, to ginie on w morzu słów. Moran cierpi na słowotok. Swoje tezy obudowuje mnóstwem przykładów, dowcipów i ekshibicjonistycznych wyznań. Pławi się we własnych mądrościach, bije pianę, rozrzuca confetti. Denerwujący jest styl autorki: nie chodzi nawet o dosadność i wulgaryzmy, bo niektóre rzeczy trzeba nazwać po imieniu, ale pewne rzeczy, o których pisze Moran są po prostu niesmaczne, a dowcipy mało śmieszne. Na dłuższą metę to nie do zniesienia - można by pomyśleć, że tego typu lekturę, na temat ciekawy i napisaną potocznym językiem, pochłonę w jeden wieczór. Tymczasem męczyłam się z tym i męczyłam, czytając po jednym, dwóch rozdziałach i odkładając. Zresztą ta książka jest wybitnie anglocentryczna: prezentuje brytyjską mentalność, pojawia się w niej wiele nazwisk, nazw, tytułów, odwołujących się do brytyjskiej popkultury, ale kompletnie nic mi nie mówiących.

    Konkludując, nie polecam tej książki jako lektury, z której można dowiedzieć się czegoś więcej na temat feminizmu. Raczej na temat współczesnego stylu życia w rozwiniętej części świata - stanowiącego wybuchową mieszankę feministycznych ciągot, romansujących z ciągle dobrze trzymającym się seksizmem. Generalnie feminizm w wersji Moran: seks, okres, depilacja i przymus kupowania drogich torebek, to chyba taki feminizm w wersji light? Poza tym, czemu miałam miejscami wrażenie, jakby Moran była wręcz seksistką, a nie feministką? Sam fakt, że pisze głównie o seksualności: czyż kobiety przez całe wieki nie były postrzegane właśnie przez pryzmat seksualności i czyż celem feminizmu nie było udowodnienie, że kobieta poza ciałem, ma jeszcze umysł? Tymczasem Moran znowu sprowadza kobiety do pochwy i  cycków - nawet jeśli dziś możemy nimi same dysponować. Równouprawnienie nie oznacza, że teraz mamy bzykać się i obnażać bez opamiętania - o takim błędnym pojmowaniu wyzwolenia były Żywe lalki.  Z kolei Sheryl Sandberg o wiele lepiej pisała o dyskryminacji kobiet w pracy i godzeniu życia zawodowego z wychowywaniem dzieci. I te dwie ostatnie pozycje polecam.

    Metryczka:
    Gatunek: autobiografia? felietony?
    Główny bohater: Caitlin Moran
    Miejsce akcji: Wielka Brytania
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 400
    Moja ocena: 3,5/6

    Caitlin Moran, Jak być kobietą, Wyd. Sonia Draga, 2012

    Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam opasłe tomiska 

    Akurat kiedy czytałam Jak być kobietą natknęłam się na książkę o obiecującym tytule Fajnie być samcem i w mojej głowie narodził się pomysł konfrontacji tych dwóch pozycji. Zobaczcie: podczas gdy kobiety ciągle zastanawiają się jak żyć (i nie zwariować) i borykają się z szeregiem mniej lub bardziej poważnych problemów, faceci po prostu oznajmiają: fajnie jest być samcem. Tak, jakbyśmy o tym nie wiedzieli!

    Zaczyna się zabawnie, od kota, którego narrator nie chce wykastrować, w ramach solidarności międzygatunkowej. Tak znam takich, którzy faktycznie mają takie podejście, bo wydaje im się, że zwierzęta też myślą tylko o seksie (a samiczki marzą o posiadaniu potomstwa). Niestety z książki tej nie dowiemy się absolutnie niczego ani o kondycji mężczyzny we współczesnym świecie, ani też o tajnikach męskiej natury. Żadnym odkryciem jest konkluzja, że głównym zajęciem samca w świecie zwierząt jest znakowanie terenu i autoprezentacja, ale tak naprawdę wszystko sprowadza się do seksu. Tudzież świat samca nie może istnieć bez alkoholu: tandem samiec-alkohol to wiarygodny, idealny, dobrze sprawdzony i sprawnie funkcjonujący model wszechświat. Ta książka miała być chyba satyrą na typową męskość; chyba, bo tak naprawdę trudno mi powiedzieć po co autor przytacza różne anegdotki ze świata zwierząt. Jeszcze gorsze jest to, co znajduje się "pomiędzy" nimi: jakieś dywagacje nie wiadomo o czym, rozmowy z kotem i podśmiewanie się z celebrytów. Chyba miało być to zabawne. Ale nie było. Czytając to miałam wrażenie, że znalazłam się w jakimś śnie, gdzie wydarzają się rzeczy coraz bardziej absurdalne. I jak to w przypadku tego typu snów - chciałam, by ten sen jak najszybciej się skończył. Po co w ogóle autor napisał tę książkę?? Są to takie pierdoły, że pisanie czegoś takiego powinno być karalne. Złość mną zatrzęsła, bo ta "książka" świadczy o kompletnym braku poszanowania dla czytelnika: dla jego gustu literackiego i inteligencji, że nie wspominając już czasie właśnie. Poczucie straty czasu przy czytaniu Fajnie być samcem mnie wręcz przytłoczyło. Czy autor naprawdę myśli, że ludzie mają czas na czytanie czegoś takiego?? Że można nawypisywać byle co, bez ładu i składu, a ludzie to i tak łykną? Bo nie mamy nic innego do roboty, ani innych lektur do wyboru? Niezbyt dobrze świadczy ona również o mężczyznach, który - wedle autora -  jedyne co potrafią to pić, plotkować i oczywiście uprawiać seks. Pławiąc się w samozadowoleniu. Taa, dinozaury też pewnie tak miały... Pisanina ta wpisuje się idealnie w tezę, iż ogólna suma inteligencji jest wartością stałą, a ludzi na ziemi jest coraz więcej. Równie dobrze tytuł tej książki mógłby brzmieć: Fajnie być idiotą.

    Metryczka:
    Gatunek: ???
    Główny bohater: samiec
    Miejsce akcji: trudno powiedzieć
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 464
    Moja ocena: 1/6

    Dmitrij Strelnikoff, Fajnie być samcem, Wyd. Iskry, 2011

    Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam opasłe tomiska 

    6 komentarze:

    1. Przydałaby się książka o feminiźmie, która rzucałaby takie rewolucyjne tezy:
      mężczyźni i kobiety potrafią logicznie myśleć. I mają uczucia.
      wszyscy jesteśmy istotami seksualnymi, ale to nie jest główny wyznacznik naszej tożsamości.
      I takie tam. Bo ja już jestem trochę zmęczona, że dostajemy albo naukowy bełkot, albo seks, mniej lub bardziej wojowniczo napisane.

      OdpowiedzUsuń
    2. Przed chwilą czytałam twój wpis o "Obietnicy Łucji" i teraz poczułam się, jakbym wpadła w kolejny stereotyp, tym razem kobiety wyzwolonej - niestety wyzwolonej od myślenia, a uzależnionej od seksu, zakupów i udowadniania światu, jak bardzo jest wyzwolona. Hm, w jakiś sposób ten stereotyp aż tak bardzo się nie różni od tego z "Łucji". Depresji można dostać; może dla jakiejś równowagi uda Ci się znaleźć książkę, w której kobieta będzie pokazana po prostu jako człowiek?... Zerknęłam na wpisy o "Żywych lalkach" i książce Sandberg i faktycznie wydają się robić lepsze wrażenie co do formy (mniej głupkowatego chichotu) i treści niż "Jak być kobietą".
      PS Kontynuując opiniowanie książek po okładce muszę stwierdzić, że ten odkurzacz ma chyba jakieś super-hiper ssanie.
      PS2 Przyznam, że też należę do tych kobiet, które nie nazywają siebie feministkami - ale nie jest to dla mnie jednoznaczne z negowaniem osiągnięć feminizmu; jestem człowiekiem, jestem za równouprawnieniem, dlaczego nie "feministka"? Tak bardzo ogólnie, to chyba dlatego, że czasami mam wrażenie, że feminizm wychodzi poza równe prawa, a narzuca światopogląd, czy styl życia, no i drażni mnie, że w imię praw kobiet, czyli przecież i moich, odmawia mi się prawa do samookreślenia i nazwania - jak ja nie czuję potrzeby nazywania się feministką, to niby dlaczego inne kobiety tego nie uszanują? Jak słyszę hasła typu jesteś kobietą i chcesz o sobie decydować to musisz być feministką to jakoś zawsze przypominają mi się słowa Leca "Jestem niewierny, mógłbym następnego tyrana równie nienawidzić jak poprzedniego.", a ja jakoś nie mam ochoty dać się tyranizować - zarówno mężczyznom, jak i kobietom (przykład równego traktowania w praktyce).

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Łucja i Caitlin Moran nie mają z sobą wiele wspólnego, taka rzeczywistość jak w Łucji nie istnieje, tym niemniej tematyka faktycznie jest ciężka i trudno znaleźć książki, które podchodzą sensownie do tematu. Wydaje mi się, że te dwie, które polecałam właśnie takie były.

        Usuń
      2. Och, nie chodziło mi o to, że to wizje jakoś do siebie podobne zewnętrznie, raczej że to dwie takie wizje kobiecości, schematy dość skrajne, ale jednak pewne schematy myślenia o kobiecości?... no dobra, nie wiem, czy umiem to lepiej wyjaśnić, bo to kwestia takiego jakiegoś mojego skojarzenia po prostu związanego z myślą, że samodzielne kształtowanie własnej tożsamości jest ciężkie, kiedy wokół tyle gotowych masek.

        Usuń
    3. Ksiazki dla idiotów po prostu. Kolejny produkt mass-niekultury. Jak sama stwierdzasz- pisanie i wydawanie czegos takiego powinno byc karalne. Ja do tej grupy zaliczam tez Brigitte Jones i 50 odcieni koszmaru.

      OdpowiedzUsuń

     

    Ulubione

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl