• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Amerykańscy bogowie


    To dobre miejsce dla ludzi, ale złe dla bogów 

    Kiedyś przybyli na tę ziemię, wraz z tymi, którzy w nich wierzyli. Wcale nie purytanami ze statku Mayflower. Wikingami, Irlandczykami, afrykańskimi niewolnikami, imigrantami z Chin, Indii i wszystkich możliwych stron świata. Jedni tysiące lat temu, inni "zaledwie" setki. Nie zabrakło skrzatów, demonów i koboldów, rodem ze Starego Świata. Lecz Ameryka jest dynamicznym krajem. Ludzie przestali wierzyć w niewyjaśnione, w magię, w duchy, a starzy bogowie przestali się liczyć, zastąpieni przez nowych, którzy chcą ich unicestwić na dobre. Bogów pieniądza, samochodów, telefonów, telewizji. Boga broni palnej. Boga bomb. Wszystkich bogów ignorancji i nietolerancji, samozadowolenia, głupoty, obwiniania innych. Starzy bogowie ostatkiem sił usiłują się bronić, a przynajmniej zginąć z honorem (i hukiem). Przewodzi im stary dobry Odyn. Nie zabraknie też Lokiego; tylko Thor unicestwił siebie znacznie wcześniej. Bo bogowie - wbrew obiegowej opinii - też umierają. Cień, główny bohater i narrator tej opowieści wydaje się być zwykłym człowiekiem, doświadczającym niezwykłych zdarzeń. Wpada w ręce Odyna alias pana Wednesday'a, niczym Małgorzata w ręce Wolanda, by mu służyć. Od tego czasu ma dziwne sny, jego świat zaludnia się dziwacznymi postaciami, a żona zamienia się w zombie. 

    Tak, gdyby Neil Gaiman uwspółcześnił swoją książkę, znalazłoby się tego jeszcze więcej: bóg internetu, Facebooka, Twittera, reality show, popkultury. Zaiste duchowość kwitnie w naszych czasach. Amerykańscy bogowie są satyrą na te zjawiska, na brak tożsamości narodu amerykańskiego: Stany Zjednoczone nie mają własnych wierzeń, bo rdzennej ludności się pozbyto; wszystko, na co składa się ten kraj przybyło "skądś". Zastanawiam się, czy jest to satyra wystarczająco zrozumiała. Zdarzenia w książce zmieniają się jak w kalejdoskopie i z każdą stroną atmosfera w niej staje się coraz bardziej oniryczna. Granica między jawą, a snem zaciera się. Jakby jeden sen poganiał drugi. Ścieżka, którą kroczy bohater staje się coraz bardziej kręta, lecz poprzez owe wydarzenia wcale nie przybliżamy się do zrozumienia fabuły. Amerykańscy bogowie to również powieść drogi: bohater cały czas przemieszcza się przez Stany Zjednoczone, odwiedza małe miasteczka, pustkowia, góry i równiny; wszystko to podczas wyjątkowej mroźnej amerykańskiej zimy. Miasteczko Lakeside, którego mroczną tajemnicę (ostatecznie) odkrywa bohater, jest tylko przystankiem w tej podróży. Nie do końca jasne jest w jakim celu Cień podróżuje, poza tym, że wypełnia polecenia swoich mocodawców. Ale co oni zamierzają? Zdarza mu się nawet umrzeć i... powrócić do życia; nie wiadomo, kim tak naprawdę jest Cień - czy bogiem, czy tylko zwykłym człowiekiem. Miałam poczucie, że powieść jest zlepkiem różnych epizodów, opowieści i marzeń sennych, natomiast brak jej spójnej fabuły. Cały czas czekałam na to, aż wydarzy się coś ciekawego, na jakiś punkt zwrotny - nastąpił on moim zdaniem zbyt późno. 

    Zdaję sobie sprawę, że Amerykańscy bogowie to perełka literatury fantastycznej i popis niezwykłej wyobraźni autora, połączonej z rozległą wiedzą na temat pogańskich wierzeń, ale dla mnie to chyba było zbyt abstrakcyjne. Lub raczej: abstrakcyjnych scen, jak z koszmaru sennego, lub wizji po zażyciu pejotlu, było za dużo i nie zostały one zrównoważone scenami realnymi. Jest w tej książce coś magicznego, ale jest to taka niedobra magia; ta powieść jest pokręcona, posępna, transowa, nawet z dosyć drastycznymi wstawkami. Nie wiem: czy autor uważa, że dawne czasy, z krwawymi ofiarami składanymi bogom, były lepsze? A może w rzeczywistości niewiele się zmienia, bo ludzie pozostają ci sami: mają te same przywary, co niegdyś, są tak samo chciwi i egoistyczni, i tylko tworzą sobie nowe 'złote cielce' na miarę obecnych czasów?

    Przydałyby się też przypisy, bo nie każdy ma mitologie światowe w małym paluszku.

    Metryczka:
    Gatunek: fantastyka
    Główny bohater: Cień
    Miejsce akcji: Stany Zjednoczone
    Czas akcji: współcześnie
    Moja ocena: 4/6

    Neil Gaiman, Amerykańscy bogowie, Wyd. MAG, 2008

    Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam opasłe tomiska (598 str.)

    2 komentarze:

    1. Świetna recenzja!
      Natychmiast mam ochotę przeczytać tę książkę, mimo Twojego sceptycznego odbioru. Transowe, oniryczne szaleństwo to coś dla mnie!!! Super

      OdpowiedzUsuń
    2. "Amerykańscy Bogowie" mają rzeczywiście swoje słabe punkty, ale ja bardzo lubię atmosferę tej książki. W ogóle z Gaimanem mam taki problem, że chyba bardziej go lubię jako człowieka-autora niż jego książki same w sobie.

      OdpowiedzUsuń

     

    Ulubione

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl