• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Sierpień w skrócie


    Dziś zobaczyłam, że na liczniku przeczytanych książek wybiło mi 1700. Z czego na miniony miesiąc przypada 14. Książką miesiąca zostaje Tego lata w Zawrociu: krótka, ale jakże piękna. Oto krótkie notki o pozostałych książkach:


    Końcem warty Stephen King zamyka trylogię o Panu Mercedesie, czyli psychopacie, który w pierwszej części staranował tłum ludzi pod centrum handlowym. Brady Hartsfield trafił do szpitala w stanie wskazującym na to, iż nigdy nie dojdzie do siebie, jednak emerytowany gliniarz, Bill Hodges jakoś nie mógł w to uwierzyć. No i miał rację, bo w Końcu warty dochodzi do niespodziewanej (i - dodajmy nieprawdopodobnej) reaktywacji Pana Mercedesa, czy też, inaczej mówiąc, Księcia Samobójców. Wokół bowiem zaczynają mnożyć się samobójstwa, a fakty i ślady nieubłaganie prowadzą do Brady'ego, leżącego przecież ciągle w szpitalu, w stanie teoretycznie wegetatywnym... Po przeczytaniu Końca warty doszłam do wniosku, że właściwie nie mam o czym pisać w recenzji - jest to poprawnie napisany kryminał z wątkiem paranormalnym, który, owszem, całkiem dobrze się czyta. Najfajniejsze w nim jest to, że czytając o tym, co przecież jest w rzeczywistości niemożliwe - podążając za Stephenem Kingiem, zaczyna się w to wierzyć. Jednocześnie jest to kolejna książka, w której wyraźnie pojawia się motyw śmierci i godzenia się z nią. Mimo wszystko czegoś mi w niej zabrakło, emocji chyba, książka nie trzymała mnie w napięciu, jak poprzednie dwie części, a jej lektura zabrała mi nadspodziewanie dużo czasu. W porównaniu z poprzednimi dwoma - bardzo dobrymi powieściami - wypada najsłabiej.

    Stephen King, Koniec warty, Wyd. Albatros, 2016 


    Ponieważ bardzo mi się podobały Czarne skrzydła Sue Monk Kidd, postanowiłam sięgnąć po inne powieści tej pisarki. Opactwo świętego grzechu nie dotyczy akurat niewolnictwa, poruszanego często przez Kidd, powieść rozgrywa się współcześnie na jednej z wysp u wybrzeży Karoliny Południowej, gdzie znajduje się (fikcyjny) klasztor benedyktynów. Zmęczona swoim życiem bohaterka wraca w swoje rodzinne strony, by zaopiekować się matką, i w międzyczasie sama przeżywa duchową przemianę. Opactwo to w gruncie rzecz nastrojowa powieść o miłości i kryzysie wieku średniego, ale to, co w niej ujmuje, to uroczy wyspiarski klimat: odcięcie od świata, połowy krewetek, legendy o syrenach, lęgowiska dzikich ptaków. Świetna lektura na wakacje. 

    Sue Monk Kidd, Opactwo świętego grzechu, Wyd. Albatros, 2006


    Brytyjczyk, Greg Jenner napisał skróconą historię wynalazków dnia codziennego, udowadniając, że i nasi przodkowie mieli w zasadzie takie same przyzwyczajenia, jak my obecnie. Może i porozumiewamy się przy pomocy smartfonów, a czas odmierzamy zegarkami kwarcowymi, ale ktoś kiedyś na to musiał wpaść. Mowa jest więc tu o spaniu w łóżku, myciu zębów, toalecie, produkcji alkoholu, wysyłaniu poczty, historii stroju, etc. Miałam co do tej książki  niej spore oczekiwania i w istocie zawiera ona wiele ciekawostek, niestety moje wrażenie popsuł zanadto niefrasobliwy styl autora: zbytnie silenie się na dowcip (angielski dowcip, dodajmy) i liczne kolokwializmy po jakimś czasie przestają bawić, a zaczynają irytować.

    Greg Jenner, Milion lat w jeden dzień. Fascynująca historia życia codziennego. Od jaskini do globalnej wioski, Wyd. PWN, 2016


    Miguel Gensana, dziennikarz zajmujący się kulturą, zostaje zaproszony przez swoją znajomą na obiad, by opowiedzieć o zmarłym niedawno przyjacielu - polityku. Kiedy docierają na miejsce, Miguel z przerażeniem odkrywa, iż restauracja mieści się w... jego dawnym rodzinnym domu, który został sprzedany za długi. To wyzwala lawinę wspomnień i w efekcie bohater opowiada wielowątkową historię nie tylko swoją, ale i swojej rodziny. Potok słów zamiast obiadu. Niestety powieść mnie nie porwała. Rzeczona historia wydawała mi się nudnym laniem wody, a jej zrozumienie utrudniała mi ilość dygresji i przeskoków myślowych od jednego bohatera i tematu do drugiego. Na dodatek charakterystyczne dla Cabre skakanie od pierwszej do trzeciej osoby tym razem mnie denerwowało, bo miałam poczucie, że jest ono absolutnie niczym nie uzasadnione i wprowadza tylko chaos. Szczególnie nudziły mnie fragmenty dotyczące "konspiracyjnej kariery" narratora, a wątki muzyczne (które de facto pojawiają się dopiero w końcowej części powieści) do mnie kompletnie nie przemówiły, gdyż nie jestem koneserem muzyki klasycznej. Miałam trudności z doczytaniem Cienia eunucha do końca, dylematy głównego bohatera nic mnie nie obchodziły, i tak de facto nie wiem, o czym ta powieść tak naprawdę była...

    Jaume Cabre, Cień eunucha, Wyd. Marginesy, 2016 


    Dwa wątki, jeden współczesny, jeden historyczny. W tym współczesnym bohaterka, kobieta sukcesu w średnim wieku, nagle zapada na zespół lękowy. Lekarstwem nań mają być wakacje w małej górskiej miejscowości, skąd Brianda się wywodzi. Tam jednak lęki jeszcze bardziej się nasilają, a Brianda natrafia na ślad tajemnicy sprzed kilkuset lat i sprawy polowania na czarownice. Przenosimy się w wiek XVI... Ktoś porównał tę książkę do Obcej Diany Gabaldon - i faktycznie, coś jest na rzeczy. A ja nie lubię książek dla dorosłych z kiczowatymi wątkami podróży w czasie, kolejnych wcieleń jednej postaci i miłości ponad czasem - a tu właśnie mamy z czymś takim do czynienia. Połączenie wątku współczesnego z historycznym jest karkołomne i niewiarygodne, bzdury po prostu, mój racjonalizm odrzuca coś takiego. To jest dobre dla młodzieży, nie dla dorosłych, bo dorosłym Brianda z Madrytu wyda się rozhisteryzowaną panią przechodzącą kryzys wieku średniego. Kobieta jest kompletnie pozbawiona osobowości (w przeciwieństwie do swojej XVI-wiecznej imienniczki). Czarownic i rzeczonego polowania na czarownice tu niewiele, ponieważ większa część wątku historycznego dotyczy sąsiedzkiej waśni w pewnej hiszpańskiej mieścinie oraz trudno zrozumiałego konfliktu między stronnikami króla oraz lokalnych feudałów. Przez owe niesnaski oraz ponadnaturalne motywy trochę Czarownice kojarzyły mi się z Wichrowymi wzgórzami, lecz oczywiście gdzie Luz Gabaz do kunsztu tego klasyka. Szczerze mówiąc, hiszpańska powieść wydała mi się lekką grafomanią dla mało wymagających czytelniczek.

    Luz Gabas, Czarownice z Pirenejów, Wyd. Muza, 2016

    Książki biorą udział w wyzwaniu Grunt to okładka i w Wyzwaniu bibliotecznym  

    4 komentarze:

    1. Gratuluje okraglej liczby. Ile z nich to arcydziela a ile grafomania w stylu Luz Gabás? Moze pokusilabys sie o jakies podsumowanie, zarówno pozytywne jak i negatywne?

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Ojej, to wymagałoby sporo pracy, może przy 2000? ;) Ale jestem pewna, że większość tych książek to książki co najmniej dobre (choć może nie wybitne), grafomanii raczej nie czytuję.

        Usuń
    2. "Opactwo świętego grzechu" wspominam całkiem miło, rozczarowało mnie trochę, że "czarownice z Pirenejów" wypadają dość słabo w Twoich oczach, bo miałam na tę książkę ochotę, a jednak ją sobie odpuszczę; "Tego lata w Zawrociu" - ot, przyjemne czytadło, ale nic poza tym - za każdym razem zaskakuje mnie to, jak bardzo nasze opinie o tych samych książkach się różnią, uwielbiam tu zaglądać ^^

      OdpowiedzUsuń
    3. Jeśli chodzi o "Czarownice z Pirenejów" to się zgadzam, wybitna powieść to nie była, a z "Obcą" faktycznie ma trochę wspólnego. Jeśli chodzi o Cabre to miejscami czytało się jego książkę bardzo dobrze, ale jak przychodziło do "konspiracyjnej kariery" to faktycznie bywało nudnawo.

      OdpowiedzUsuń

     

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl