• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Zawołajcie położną


    Lata 50-te XX wieku. W swoim "seksownym" uniformie pielęgniarki, z torbą z narzędziami położniczymi, Jenny mknie na rowerze po ulicach zasnutego mgłą i smogiem Londynu. Jedzie do kolejnego porodu domowego, na East End, do dzielnic biedoty, prostych, wielodzietnych rodzin. Tuż po wojnie taki obrazek był w Londynie powszechny. Publiczna służba zdrowia nie funkcjonowała jeszcze dobrze, a zresztą kobiety - szczególnie te z niższych warstw społecznych - przyzwyczajone były do rodzenia w domu. Ludzie wręcz obawiali się szpitali. Szczerze mówiąc, wcale im się nie dziwię, we mnie i dziś szpital budzi przerażenie i pewnie też czułabym się bezpieczniej rodząc we własnym łóżku. Wykwalifikowana położna była zatem nie do przecenienia. W tamtych czasach położne Domu Nonnata, gdzie pracowała Jenny odbierały do 100 porodów miesięcznie. Dla porównania dziś: 3-4.

    Mimo mnóstwa bardzo pozytywnych recenzji na temat tej książki, napisanej przez wieloletnią położną, Jenny Worth, omijałam ją do tej pory szerokim łukiem. Krwawe szczegóły porodów leżą bowiem tak daleko od kręgu moich zainteresowań, jak Słońce od Ziemi. Powiem więcej: obawiałam się, że czytanie o tym może się dla mnie źle skończyć. Kiedyś zemdlałam czytając Encyklopedię Zdrowia... W końcu przekonał mnie Zacofany w lekturze (jako trzeźwy głos w chórze kobiecych zachwytów) i dopisałam ją do listy swoich lektur. Bo Zawołajcie położną to nie tylko opowieść o ciążach, wydawaniu dzieci na świat i komplikacjach porodowych, ale przede wszystkim książka poświęcona społeczno-obyczajowym realiom życia w powojennym Londynie. Rzecz dotyczy przede wszystkim najuboższych warstw społecznych, czynszówek leżących w pobliżu londyńskich doków, zaludnionych robotniczymi rodzinami. Wiele z tamtejszych budynków zostało zniszczonych wskutek bombardowań, inne nadawały się tylko do wyburzenia, a mimo to ciągle zamieszkiwali je ludzie. Warunki życia tam były chyba dla nas niewyobrażalne: brak bieżącej wody (czasem jakiejkolwiek wody), kanalizacji, wychodki na podwórkach, albo w najlepszym razie na klatce schodowej, wspólne dla iluś rodzin. Oczywiście o łazienkach nawet wtedy nie marzono. Brud, smród i ubóstwo. Coś, co pamiętam mgliście z naszych familoków, z tym, że u nas chyba było lepiej. Przeludnienie: wielodzietne rodziny gnieżdżące się w jednej izdebce. I kobiety: umęczone, spędzające całe życie na praniu, gotowaniu, sprzątaniu, zajmowaniu się dziećmi i rodzeniu nowych. Nikt się nie zastanawiał, czy są szczęśliwe - taki był po prostu los kobiet. A dodatkowo na obrzeżach przerażająca dzielnica prostytucji - najgorsza z możliwych. To osobliwe posłowie do dopiero co czytanej przeze mnie książki Włącz się do gry - nawet jeśli jeszcze nie wszystko wygląda tak, jak chciałybyśmy, żeby wyglądało, to z pewnością nie chciałybyśmy się zamienić na życie którejkolwiek z opisywanych przez Jenny Worth bohaterek. Do myślenia daje epilog autorki, w którym analizuje ona jak bardzo zmieniło się życie kobiet od tamtych czasów, zwłaszcza po wynalezieniu tabletki antykoncepcyjnej. Latom 50-tym ciągle bliżej było do wieku XIX, niż XX - do Dickensa, niż do Seksu w wielkim mieście

    Barwne opowieści Jennifer Worth zapadają w pamięć, ale dzieje się tak także z innego powodu: niektóre fragmenty były dla mnie wręcz wstrząsające - i to nawet nie te, gdzie autorka pisze bezpośrednio o porodach (w istocie tych jest tylko kilka). Czułam, jak podnosi mi się włos na głowie, kiedy czytałam o tragicznych losach ludzi i o fatalnych warunkach higienicznych, w jakich egzystowali. Sama nie wiem, która historia była straszniejsza: czy ta o młodocianej prostytutce, czy o staruszce, która oszalała po wieloletnim pobycie w londyńskim przytułku dla ubogich, czy może o kobiecie, która urodziła dwadzieścioro pięcioro dzieci, przez całe życie będąc w zasadzie w ciąży. Obrazki gorsze, niż z horrorów, a to najprawdziwsza prawda. Dzielne kobiety, rodzące w prymitywnych warunkach budzą współczucie, lecz z drugiej strony przeraża ignorancja i bezrefleksyjność tych ludzi. Dwadzieścioro pięcioro dzieci! Niektóre sceny są moim zdaniem zbyt naturalistyczne i całe szczęście, że autorka pomiędzy te rozdziały wplata lżejsze historyjki i równoważy tę grozę ciepłem i humorem. W przeciwnym razie, lektura Zawołajcie położną byłaby dla mnie głęboko traumatyczna. Worth pisze również o swoich przyjaciołach, przytacza anegdoty o siostrach zakonnych, u których pracowała, czy o ludziach, którym pomagała. Czyni to z dużą prostotą, a zarazem urokiem, dzięki czemu książkę tę czyta się jednym tchem. To natomiast, że proza Worth jest jedną z pierwszych opowieści o położnych wcale mnie aż tak nie dziwi - tylko odzwierciedla to historię ludzkości, w której kobiece sprawy były spychane na margines.

    Metryczka:
    Gatunek: wspomnienia
    Główny bohater: Jenny Worth
    Miejsce akcji: Londyn
    Czas akcji: XX wiek
    Cytat:  -
    Moja ocena: 5/6
      
    Jennifer Worth, Zawołajcie położną, Wyd. Literackie, 2014 

    Książka bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka

    3 komentarze:

    1. Oglądałam serial i bardzo mi się podobał. Oczywiście książkę też mam gdzieś z tyłu głowy, ale jakoś ciągle zapominam ją kupić. Chociaż może wreszcie doczekam się na bibliotekę? Pozdrawiam :)

      OdpowiedzUsuń
    2. Miałam zamiar obejrzeć serial, ale dowiedziałam się, że wychodzi książka, więc na razie mam w planachprzeczytanie książki. Jestem jej bardzo ciekawa ;)

      http://pasion-libros.blogspot.com/

      OdpowiedzUsuń
    3. Książki jeszcze nie czytała, ale parę lat temu oglądałam serial na jej podstawie. Jeśli książka jest tak dobra to chyba nie mam na co czekać :)

      OdpowiedzUsuń

     

    Ulubione

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl