Wichrowe wzgórza 2026

Raz na ruski rok uda mi się obejrzeć jakiś film, który aktualnie jest w topce i co z tego wynika? Dziwnym trafem, akurat kiedy do ręki wzięłam książkę Mit Darcy'ego, i dumałam sobie o tych wszystkich toksycznych męskich bohaterach, których każe kochać nam literatura, wpadła mi w oko na HBO  najnowsza adaptacja Wichrowych wzgórz (reż. Emerald Fennell). Nigdy, przenigdy cię nie opuszczę - pada w pewnym momencie z ust Kathy - i to jest właśnie TO. Brzmi to niby bardzo romantycznie, ale w życiu potem jest: bije, pije, zdradza, przepuszcza pieniądze, ale kobieta trwa u jego boku, zaślepiona tym, co dziewczynkom wpaja się od małego, że kobieta musi się w imię miłości poświęcić. A najbardziej atrakcyjny jest “bad boy” - ten mężczyzna, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będzie bił, pił i zdradzał: waszmość tajemniczy, mroczny, nieokazujący uczuć, z jakimiś problemami z samym sobą, już na etapie zalotów przejawiający jakieś przemocowe zachowania, które interpretowane są jako “męskość” i które kobieta przeważnie ignoruje, gdyż łobuz przecież ją kocha, a poza tym roi jej się, że zdoła go zmienić swoją miłością i oddaniem. Całość opatrywane jest etykietką “romantyczne”. Dobrzy chłopcy natomiast kobiet nie kręcą, bo to “niemęskie”. 

W Wichrowych wzgórzach jednak obietnica “wiecznej miłości” dana za dzieciaka zostaje złamana. I dzieją się rzeczy straszne. Zauważmy, że to kobieta łamie tę obietnicę i ponosi za to surową karę - gdyby Kathy nie opuściła Heatcliffa, żyliby przecież długo i szczęśliwie…Kathy jednak wychodzi za innego, kierując się głównie względami materialnymi (co w tamtych czasach było przecież najzupełniej normalne). O dziwo mąż jest dla niej dobry: nosi ją na rękach, spełnia zachcianki, obsypuje klejnotami - jednym słowem NUDA. Heatcliff natomiast realizuje scenariusz a la hrabia Monte Christo* - zdobywa majątek i ogładę, by powrócić triumfując i ukarać wiarołomną kobietę. Jeśli w książce Heatcliff ma psychopatyczny rys i wzbudza antypatię, a cały ten romans jest moralnie wątpliwy także z uwagi na jego kazirodcze nacechowanie, to w tym filmie jest on pokazany jako dobry, ale skrzywdzony chłopiec. Ofiara Kathy, która bawi się z nim jak kot z myszą. Wprawdzie określany jest epitetami “dziki”, “nieokrzesany”, “okrutny”, ale w filmie niewiele o tym świadczy. Na tej bazie doskonale widać toksyczność tej relacji i można zrozumieć, jak to się stało, że potulny w młodości Heacliff zamienił się w demona, dyszącego żądzą zemsty. Aczkolwiek tak naprawdę to tej części historii w tym filmie NIE MA. 

Fabuła Wichrowych wzgórz jest tak zagmatwana (to powieść szkatułkowa), że za każdym razem muszę sobie przypominać o co tam chodziło. I może pani Fennell powinna była zrobić to samo, gdyż uprościła ona to do granic możliwości - to po prostu historia wielkiej miłości i nieszczęśliwych kochanków (reklamowany przecież jako film na Walentynki!). A twórcy bardzo się starają, żeby nas o tym przekonać, włącznie z tym, że cały dalszy - naprawdę mroczny i gotycki - ciąg tej historii, jest pominięty. Co w zasadzie pozbawia Wichrowe wzgórza oryginalnego przesłania, zostaje zeń tylko nieszczęśliwy romans, bez morału, bez tej dziedziczonej traumy, jaka zostało zapoczątkowane egoizmem i obsesją dwójki bohaterów. Wartych siebie trzeba dodać - w Wichrowych wzgórzach w zasadzie nie ma pozytywnych bohaterów. Problemem jest też, kiedy dojrzałe osoby - a takimi są postaci w filmie - zachowują się jak nastolatkowie, jakimi de facto byli protagoniści powieści, a o czym się dziś zapomina; to co mogłoby jeszcze tłumaczyć nastolatków (wiadomo, nierozwinięty płat czołowy), to w wieku dorosłym jest nie do przyjęcia…  Można też odnieść wrażenie, że taki sposób interpretacji Wichrowych wzgórz (niezgodny z oryginałem) to woda na młyn mizoginów: facet jest niewinny, “bo to zła kobieta była”. Nawet uwiedzenie Izabeli też można mu puścić płazem, bo przecież zrobił to tylko z rozpaczy, a Izabela SAMA SIĘ PROSIŁA (i najwyraźniej lubi złe traktowanie). Tak, SERIO. W tym filmie Heatcliff de facto jest bohaterem umierającym z miłości - ale tylko metaforycznie, podczas gdy naprawdę umiera ta, która go zwiodła na manowce, czyli ponosi zasłużoną karę. Co zresztą sygnalizowane jest od początku filmu, scenami kary śmierci. Nie jestem żadną krytyczką filmową, ale było to dla mnie aż nadto widoczne. Ze scenariusza zniknął natomiast brat Kathy, który przecież miał swój wydatny udział w pomiataniu młodym Heatcliffem i wzbudzeniu w nim chęci odegrania się. Nie będę oryginalna, pisząc że film odbiega od książki także  jeśli chodzi o dobór obsady: w roli Heatcliffa obsadzony został biały aktor, który jest po prostu przystojny, ale w niczym nie kojarzy się z postacią książkową, opisywaną jako chłopak o ciemnej karnacji, przypuszczalnie Cygan. Wielu ludzi oburza się, kiedy w rolach tradycyjnie granych przez białych aktorów (np. Bonda) próbuje obsadzać się osoby innych ras - ale kiedy to samo dzieje się w drugą stronę - to jest ok? Poza tym karnacja Heatcliffa nie jest bez znaczenia, gdyż w powieści skutkowało to jego gorszym traktowaniem, nacechowanym rasizmem, o czym rzecz jasna w filmie nie ma słowa. Żeby było śmieszniej - i zupełnie bez sensu - to Lintona gra aktor o ciemniejszej karnacji, hinduskiego pochodzenia. Margot Robbie rzecz jasna jest olśniewająca, tylko że w tej swojej "księżniczkowatości" jakoś zupełnie nie pasuje do ponurych wrzosowisk... 

Cała oprawa tego filmu, użyte środki wyrazu sprawiają, że oglądając to odnosiłam wrażenie, że mam do czynienia raczej z horrorem, niż z klasycznym romansem. Poczynając od już od samego intro serwowane są nam sceny okrucieństwa i budowana atmosfera grozy, przeplatana tyleż romantycznymi, co mrocznymi widokami okolic, w których rozgrywa się akcja filmu. Wiele osób się tym zachwycało, ale ja miałam poczucie, że właściwie ta stylistyka przypomina mroczną baśń, ale taką zakręconą w stylu Tima Burtona, a nie Disneya. Tak, Wichrowe wzgórza jako powieść są nadmiernie dramatyczne, a sceneria mroczna, ale mnie ten film razi sztucznością. Nic bowiem nie wydaje się tu realne - ani domy/siedziby bohaterów, ani miejsca w których bywają, ani stroje, ani ich zachowanie. Wyglądają jak wygenerowane przez AI. Margot Robbie biega po wrzosowiskach w czerwonych balowych sukniach, albo kroczy do domu oblubieńca w sukni ślubnej z długim trenem, a po domu paraduje obwieszona biżuterią i generalnie zawsze wygląda jak spod igły, z wyjątkiem tych scen, kiedy biega w deszczu, no ale te momenty rządzą się swoimi zasadami. Wiecie to są takie instagramowe sceny: #wutheringheithsaestetics. Oglądasz to i nie masz poczucia, że to mogło tak właśnie wyglądać - ci ludzie nie mogli tak się ubierać, ani mieszkać - to są jakieś teatralne dekoracje, a całość jest także teatralna - w negatywnym tego słowa znaczeniu: przerysowana i groteskowa. Każda w zasadzie scena jest naładowana takim dramatyzmem, że ogląda się to jak ciąg obrazków, estetycznych, ale zupełnie odrealnionych i niestety bez głębszej treści. Jest tu na przykład taka scena, kiedy umiera zapijaczony ojciec Kathy, a w rogu pokoju migają dwie ogromne sterty butelek - artystycznie ułożone. Ewidentnie zawiódł system kaucyjny? Pewnie twórcy filmu chcieliby by przemówiła symbolika, ale w sytuacji, kiedy symboliczne jest wszystko, to człowiek przestaje na to reagować. 

Książka ma w sobie to “coś”. Córka pastora, Emily Bronte też pewnie marzyła o wielkiej miłości, a wychowana była w takiej epoce, w jakiej była wychowana… Dlatego ta historia wzbudza dziś pejoratywne odczucia, bo jest pełna tzn. red flag, wyraźnie widocznych. A ten film mówi nam, że tak wygląda "wielka miłość". I nie chodzi o to, że to nie jest wierna adaptacja, tylko uwspółcześniona "wariacja", jak bronią się twórcy, tylko że odcięcie połowy historii, spowodowało, że historia zupełnie zmieniła swój sens, a obraz powiela szkodliwe wzorce i zawiera mizoginistyczny przekaz. Rozumiem, że w roku 2026 nadal tkwimy w postrzeganiu kobiet jako zabawek stworzonych ku uciesze mężczyzn, mających do wyboru dwie role: albo świętej, albo ladacznicy? A miłość to cierpienie? A już zwłaszcza jest to szkodliwe, jeśli mowa jest o interpretacji "nastoletniego czytelnika" (raczej czytelniczki). W dodatku ekranizacja nakręcona jest w konwencji mocnych wrażeń - zgodnie z wzorcem doskonale znanym z mediów społecznościowych: coraz więcej i coraz mocniej, włącznie z "odważnymi" scenami erotycznymi, które twórcy filmu tak obiecywali. Tu nie ma subtelności. Niewątpliwie niektóre z tych scen zapadają w pamięć, trudno je odzobaczyć. Co ciekawe, w ogóle nie zwróciłam uwagi na muzykę - a ta często robi jak dla mnie robotę i decyduje o odbiorze filmu - bo byłam tak zaszokowana warstwą wizualną. "Wizualne arcydzieło" pieją jedni, a ja byłam raczej zdegustowana, a po seansie trudno mi było zasnąć, bo się bałam, że będą mi się śniły koszmary. Upiorny - doszłam do wniosku, że to słowo najlepiej opisuje tę adaptację, zarówno w wersji wizualnej, jak i znaczeniowej. 

Wichrowe wzgórza, reż. Emerald Fennell, 2026

*Wichrowe wzgórza ukazały się akurat rok po publikacji Hrabiego Monte Christo, więc inspiracje są niewykluczone

Komentarze

instagram @dzienpozniej

Copyright © Dzień później