• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Luty w skrócie


    Jest, jest, jest [otwiera szampana]! Wyczekany i upragniony. OSCAR. Choć prawdę mówiąc, to Leonardo do Caprio powinien już odbierać swojego czwartego (minimum) Oscara, a nie pierwszego. No, ale najważniejsze, że jest. To, że Zjawa nie dostała statuetki dla najlepszego filmu, to moim zdaniem przegięcie, ale cóż, najważniejsze, że Leo znowu nie odszedł z niczym. A po tym, co Leo powiedział, o ociepleniu klimatu, lubię go jeszcze bardziej.
    Zjawa" jest o relacji człowieka ze światem natury. Światem, w którym w 2015 roku odnotowano najwyższe temperatury w historii pomiarów. Nasza produkcja musiała przenieść się na południowe krańce planety, tylko po to, by w końcu znaleźć śnieg. Zmiana klimatu to prawda. To dzieje się tu i teraz. To najpilniejsze z zagrożeń dotykające całego naszego gatunku. Musimy pracować razem, przestać prokrastynować. Musimy popierać liderów na całym świecie - nie tych, którzy mówią w imieniu najbardziej zanieczyszczających środowisko lub wielkich korporacji. Tych, którzy mówią w imieniu całej ludzkości, miliardów ludzi, którzy mają mniejsze prawa, a zostaną najmocniej dotknięci zmianami klimatu. Mówiących w imieniu dzieci naszych dzieci i ludzi, których głosy zagłuszyła nasza polityka chciwości. (...) Nasza planeta nie jest nam dana na własność.
    Tak! Dziękuję!

    A teraz od radowania się, przejdźmy do smutniejszych wydarzeń. Początek roku 2016 nie był zbyt szczęśliwym okresem dla miłośników książek i kultury ogólnie. Zmarli Umberto Eco i Harper Lee, wcześniej, jeszcze w styczniu, pożegnaliśmy Alana Rickmana i  Dawida Bowie. Pogrzeb Lee był kameralny, włoskiego pisarza natomiast żegnały tłumy na mediolańskim zamku Sforzów. Requiescat in pace.

    Dla mnie osobiście luty był spokojny i całkiem udany. Kiepskich książek nie pomnę, może poza Półbratem.   Kompletowałam książki do wyzwania okładkowego i przeczytałam ich 17. Słabiej niż w poprzednich miesiącach, dlatego, że mam nową pasję i zamiast czytać siedziałam w necie zgłębiając jej tajniki. Jaka to pasja, jeszcze napiszę, ale nie dziś. Książka miesiąca? - Neuland.  

    A oto trzy recenzje "uzupełniające" na koniec miesiąca:


    Wreszcie udało mi się przeczytać to opasłe tomisko, zalegające na moich półkach! Znana dziennikarka, Karolina Korwin-Piotrowska, opowiada o tym, co wydarzyło się w polskiej kulturze i mediach w okresie 25 lat od przemiany ustrojowej (4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm, jakby ktoś nie wiedział). Ta książka to taka podróż sentymentalna dwadzieścia pięć lat wstecz, a to właściwie całe moje dorosłe życie z hakiem. Jest o kinie, telewizji (serialach), muzyce (niestety im dalej w lat, tym autorka wspomina o muzyce mniej i coraz bardziej skrótowo), trochę o teatrze i sztuce, dużo o życiu towarzyskim, skandalach, celebrytach. O literaturze niestety nie - widać ta nie łapie się w pojęcie "popkultury".

    Trochę bałam się, że będzie to nudne, że to będzie taka kronika, a nie wystarczy tylko wymieniać, że w tym roku zdarzyło się to, a w tym tamto - trzeba to jeszcze jakoś skomentować. Na szczęście Korwin-Piotrowska to czyni ze swadą, a że jest gadułą, to wiadomo i widać to też po grubości tej pozycji. Szczerze mówiąc to gadulstwo dziennikarki normalnie strasznie działa mi na nerwy i w telewizji nie mogę jej słuchać dłużej, niż kilka minut. Na szczęście przy lekturze ten problem znika. I  łapałam się nieraz na tym, jak to wzdycham "ja to pamiętam!" i nie raz też zakręciła mi się łezka w oku; pamiętam jak startowało radio RMF, pamiętam pierwsze numery Twojego Stylu i Elle, kultowe seriale, zmiany w modzie, pamiętam jak to było. Cytuje autorka m.in. prorocze słowa Stanisława Lema, o tym, jak będzie wyglądało nasze życie na kilkanaście lat oraz monolog Lindy z filmu Szczęśliwego Nowego Jorku. Dialogi z Psów i Killera. Wspomina Kieślowskiego. Ta książka to zarazem świadectwo przemian obyczajowych jakie zaszły w Polsce od roku 1989 roku (ogromnych!) - od kraju biednego, siermiężnego, zapyziałego, po równoprawnego członka UE. Dlatego też ciekawsza była dla mnie pierwsza połowa książki, lata 90-te i początek XXI wieku, potem już było trochę nużąco. Wady? Za dużo tu plotek i narzekania na to, jakie to kiedyś były czasy, a jak kiepsko jest teraz. Lejtmotywem książki jest kwestia postępującego ekshibicjonizmu i sprzedaży prywatności mediom: kiedyś czyniły to głównie gwiazdy, teraz w zasadzie robimy to już wszyscy. I przy tym całym malkontenctwie, wytykaniu naszym celebrytom upadku obyczajów, głupoty i nachalnego lansowania się, w dodatku wygłaszaniu tych sądów mentorskim tonem, słowa autorki na zakończenie, że "jest nieźle" trącą mi trochę fałszem. To takie typowo polskie: najpierw zmieszać wszystko z błotem, a w podsumowaniu stwierdzić, że "jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej". Tudzież wygłaszanie co chwilę sądów typu to trzeba znać - a co, jeśli nie znam? Poza tym znalazłam w książce kilka błędów i merytorycznych, i językowych, a ten, kto wpadł na to, by najważniejsze zdania wydrukować białą czcionką na pomarańczowym tle, był chyba jakimś antytalentem graficznym - nie da się tego czytać. Przymykając jednak oko na snobizm Korwin-Piotrowskiej, Ćwiartka raz to niezła podróż w czasie, u starszych wzbudzająca wiele wspomnień, a młodszym, uświadamiająca to, jak było kiedyś (kiedy może nawet ich nie było jeszcze na świecie).

    Ostatnio wyszła nowa książka Karoliny Korwin-Piotrowskiej, o kinematografii i jej ukochanych filmach - pomyślałam sobie, że to może być lepsze, niż Ćwiartka raz, bo opowiadanie o filmach wychodzi dziennikarce najlepiej, i już ustawiłam się w kolejce do tej książki, ale trochę mi przeszło po przeczytaniu recenzji u Zwierza Popkulturalnego.

    Karolina Korwin-Piotrowska, Ćwiartka raz, Wyd. Prószyński i S-ka, 2014 (800 str)

    Książka bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka oraz Czytam opasłe tomiska  


    Powieść Johna Ajvide Lindquista określiłabym mianem współczesnej baśni. Akcja Ludzkiej przystani toczy się na jednej z wielu szwedzkich wysp, Domarö. Mała Maja znika nagle pogodnego zimowego dnia, podczas wycieczki razem z rodzicami na samotną wysepkę leżącą nieopodal Domarö. Dziewczynka jakby zapadła się pod ziemię. Nie wiadomo jak to możliwe, bo nie  zostawiła ona żadnych śladów na śniegu, a w otoczeniu latarni powinno być wszystko widać na znaczną odległość. Poszukiwania nic nie dają. Dla rodziców to oczywiście cios, z którego się już nie podniosą. Oboje w końcu wyjeżdżają z wyspy, a Anders, ojciec Mai, wraca na nią dopiero po kilku latach. Znękany, toczony alkoholizmem, samotny, odkrywa, że być może jego córeczka jednak gdzieś tam jest...

    Atmosfera powieści jest iście morska, wyspiarska, na poły sielankowa (wyspa z biegiem lat stała się popularną destynacją letniskową dla sztokholmskich szczurów lądowych), a na poły pełna grozy, skrywająca jakąś mroczną tajemnicę. Okazuje się, że jest coś, co wie tylko wtajemniczony krąg mieszkańców, a co może tłumaczyć zniknięcie Mai. Morze jest nie tylko potężne i bezwzględne, jak to żywioł, ale jest czymś ewidentnie złym, co prześladuje mieszkańców Domarö. Autor nawiązuje tu do starych skandynawskich legend, także do magii, a pod koniec powieści wyraźnie idzie w fantastykę: pojawiają się wątki nadprzyrodzone i dzieją się tu rzeczy raczej niewytłumaczalne. Nie do końca mi się to podobało, a mimo to, że Ludzka przystań klasyfikowana jest jako horror, to raczej ja do powieści grozy bym ją nie zaliczyła, ale książkę, jako całość oceniam dobrze - to bardzo klimatyczna opowieść i jeśli lubicie historie z wyspami i morzem w tle (ja lubię), koniecznie po nią sięgnijcie.

    John Ajvide Lindqvist, Ludzka przystań, Wyd. Amber, 2010


    O tym, że autor tej książki, ekonomista i podróżnik, potrafi zajmująco pisać, przekonałam się już czytając książkę Archipelag znikających wysp. Tym razem Sergiusz Prokurat oprowadza nas po Ameryce Południowej, skupiając się jednakże nie na swoich wrażeniach z podróży, ale na wszelakich informacjach o odwiedzanych krajach. Podobnie, jak w poprzedniej książce mamy tu taką mieszankę wiedzy z historii, geografii, trochę ciekawostek. Dowiemy się m.in. skąd w ogóle wzięło się określenie gringo, które kraje w Ameryce Południowej są niebezpieczne (i dlaczego), czy warto pojechać do Cuzco i kiedy najlepiej zwiedzać Machu Picchu, a także jak uprawia się banany i jak robiła interesy znana i u nas firma Chiquita. Sporo miejsca autor poświęcił... uprawie koki, będącej bądź co bądź symbolem Ameryki Południowej. Prokurat wyjaśnia też przekonująco mentalność Latynosów (nawiasem mówiąc pochodzenie tego określenia - też). Nie jest może tak dowcipnie, jak u Wojtka Cejrowskiego, lecz i tak bardzo interesująco. Ameryka Południowa w pigułce, dla początkujących.

    Sergiusz Prokurat, To nie jest miejsce dla gringo, Wyd. Bezdroża, 2015 

    Książki biorą udział w wyzwaniu Grunt to okładka oraz w Wyzwaniu bibliotecznym   


    3 komentarze:

    1. W końcu Leo doczekał się!! :) Wyniki świetne - gratuluję. Chętnie dowiem się, co to za pasja tak Cię pochłonęła... :)

      OdpowiedzUsuń
    2. Oscar dla Leo bardzo mnie cieszy :) Zainteresowała mnie książka Prokurata, staram się czytać wszystkie podróżnicze książki o Ameryce Południowej.

      OdpowiedzUsuń
    3. Wciągnęła mnie książka Korwin-Piotrowskiej "Krótka książka o miłości" - a miałam tylko zajrzeć o czym jest. Zaraża swoim podejściem pełnym emocji do filmów...

      OdpowiedzUsuń

     

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl