• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Tyrania wyboru


    Możesz być kim tylko chcesz. Twoje życie zależy od ciebie. Wybierz siebie. Tego typu zdania w krajach naszego kręgu kulturowego można spotkać na każdym rogu. O dziwo jednak nie sprawiają one, że czuję się lepiej. Wręcz przeciwnie, bo czuję, że przygniata mnie odpowiedzialność za to, jak wygląda moje życie i za wybory których dokonałam. Jeśli nie wiedzie mi się dobrze (lub nie tak dobrze, jak bym chciała/jak myślę, że powinno) - obwiniam za to tylko siebie. Jeśli nie osiągnęłam sukcesu, znaczy to, że niewystarczająco się staram. Taki przekaz płynie z nowoczesnej ideologii wyboru. Innymi słowy: wydaje się nam, że możemy wszystko, jeśli tylko będziemy wystarczająco ciężko pracować i że jest to kwestią naszego wyboru. Ci, którym się nie udało to nieudacznicy, nie potrafiący zapanować nad swoim życiem.  


    Mając zatem tyle do wyboru, tak naprawdę nie mamy żadnego wyboru, bo dążymy do jakiegoś modelu, narzuconego nam odgórnie, a próby dostosowania się do niego są obarczone ciągłym lękiem przed porażką. 

    Niewątpliwie umiejętność podejmowania decyzji powinna być uznawana w naszych czasach za umiejętność kluczową - dziś już nie wybiera się pomiędzy A i B, ale pomiędzy A,B,C,D,E,F,G, itd. Problem w tym, że coraz większa liczba wyborów i opcji, przed którymi stajemy, w połączeniu z coraz większą liczbą informacji, wcale nie działa na naszą korzyść. Każdy wybór to przecież strata, to lęk, czy wybraliśmy dobrze. W dodatku konieczność wyboru nie dotyczy tylko tego, co kupić na obiad, czy co założyć do pracy, ale rozciąga się to na wszystkie sfery naszego życia, w tym także na sferę emocjonalną. Coraz trudniej nam się zaangażować w związek i utrzymać go, skoro cały czas mamy w głowie, że "być może spotkamy kogoś lepszego". Ludzie w ten sposób sami stali się towarem, który można wymienić na "inny, lepszy model". Skakanie z kwiatka na kwiatek (zmienianie partnerów) również podlane jest sosem lęku i poczucia winy, zwłaszcza wśród kobiet - i wcale nie wzmacnia ich pewności siebie, wręcz przeciwnie. Na zagrożenie ze strony innych osób reagujemy obsesyjnym poprawianiem siebie, dążeniem do doskonałości, a jeśli to niemożliwe okłamywaniem innych i siebie, że jesteśmy bardziej atrakcyjni, niż w rzeczywistości. Salecl pisze, że w kulturze promującej tak intensywnie miłość do samego siebie, coraz trudniej nam pokochać drugą osobę. 

    Mężczyźni i kobiety są przekonywani, że powinni stać się kimś wyjątkowym, a jednocześnie dostają szczegółowe recepty opisujące, jak ta wyjątkowa osobowość powinna wyglądać.

    Mówi się nam, że wszystko jest kwestią wyboru, że możemy stworzyć sami siebie i że jesteśmy w tym tacy wyjątkowi, a nasze wybory są indywidualne, a z drugiej strony pokazuje się nam wzory według których powinniśmy postępować i wszyscy odbijać się jak od sztancy. Narzuca się nam obowiązujące modele życia, a nawet sposoby myślenia. Wszyscy powinniśmy być piękni i młodzi (bo obowiązuje kult młodości), sukces definiuje się jako karierę i mnóstwo pieniędzy; powinniśmy mieć partnera i rodzinę, być towarzyscy, a czas wolny spędzać aktywnie. Kiedy ktoś faktycznie się wyróżnia, jest wytykany palcami. Nawet zdrowi powinniśmy być nie tyle dla siebie, ale by nie generować wydatków państwu i niewydolnemu systemowi emerytalnemu. Nasza kultura promuje wieczną teraźniejszość i nie radzi sobie ze starzeniem się i umieraniem. A jeśli chcemy być tacy wyjątkowi, czemu każdy przykład czyjegoś sukcesu pociąga za sobą tłumy naśladowców? W Polsce wyjątkowo wyraźnie widać to w sporcie, być może dlatego że w tej dziedzinie ciągle sukcesów nam brakuje: kiedy polski tenisista zaczyna wygrywać międzynarodowe turnieje - w Polsce nagle mnożą się korty tenisowe; gdy wybija się panczenista nagle mówi się o zbudowaniu lodowisk; małyszomania przyciągnęła do tego sportu nowe talenty, a wygrane Roberta Kubicy nagle przysporzyły kibiców Formule 1.

    Kiedy zmusza się jednostki, by stały się panami własnego losu, a jako panaceum na krzywdy wynikające z niesprawiedliwości społecznych wskazuje się pozytywne myślenie, wtedy krytykę społeczną zastępuje samokrytyka.

    W nowoczesnym, kapitalistycznym społeczeństwie wymaga się od nas, byśmy samych siebie traktowali jak przedsiębiorstwo: trzeba wyznaczyć sobie cele, zarządzać sobą, inwestować i ciągle się doskonalić. To świetna polityka: w ten sposób odpowiedzialnością za sukces lub porażkę zostaje obarczona jednostka. Aby jej pomóc, codziennie jesteśmy bombardowani radami, jak osiągnąć sukces i jego przykładami. Całe tony poradników, wywiady ze znanymi ludźmi, praca dla psychologów/terapeutów/coachów. Przekaz brzmi: musisz być coraz lepszy, idealny. Ludzie, łapią się w te błędne koło samodoskonalenia. Nie trzeba dodawać, że w naszej kulturze sukces wiąże się niezmiennie z posiadaniem i konsumpcją. Nic dziwnego - konsumpcja oraz ciągłe podsycanie pragnienia, by mieć więcej/lepiej/ładniej, stanowi podstawę kapitalizmu. Bez konsumpcji kapitalizm by upadł. W rzeczywistości więc dostępny jest przede wszystkim wybór w obrębie konsumpcyjnego stylu życia, bo cała ta ideologia gloryfikuje wybór, który ma działać jedynie na korzyść jednostek. Jeśli więc mamy do wyboru zrezygnować z własnej wygody dla wyższego celu (np. nie jem ryb, bo wiem, że oceany pustoszeją, wiele gatunków przez ekstensywne połowy jest na skraju wyginięcia), to większość ludzi nie będzie w stanie tego zrobić, myśląc: dlaczego ja się mam poświęcać, skoro inni tego nie robią, więc nawet jeśli ja to zrobię, to i tak to nic nie da, a tylko mnie będzie gorzej. Tak to działa. Nieograniczona konsumpcja prowadzi oczywiście do nadużyć i uzależnień. Pragnienie bycia idealnym i kontrolowania każdego aspektu życia, włącznie z własną śmiertelnością - do nerwic i psychoz. W ten sposób społeczeństwo produkuje frustratów, neurotyków, narkomanów i alkoholików. Niby czemu chorobami cywilizacyjnymi są choroby krążenia, nowotwory, depresje i uzależnienia?

    ideologia pozytywnego myślenia odgrywa kluczową rolę w maskowaniu natury nierówności społecznych 

    Tyrania wyboru to książka niewątpliwie mocno antykapitalistyczna, gdyż Salecl zwraca uwagę na to jak kapitalizm zrobił nam pranie mózgów, zmuszając nas do biegania jak chomiki w kołowrotku, a w dodatku znieczulając na nierówności społeczne i cudze cierpienie. System w jakim funkcjonujemy przyczynia się od do bezwzględnej eksploatacji i ludzi, i zasobów ziemi.  Autorka sporo odwołuje się do filozofii i psychoanalizy - to moim zdaniem niepotrzebne, bo w tych miejscach przekaz robi się mało zrozumiały, a poza tym psychoanaliza nie należy obecnie do poważanych teorii. Uważam, że można było napisać to lepiej, mniej chaotycznie, tym niemniej książka dotyka ważnego problemu, którego pewnie większość z nas sobie nawet nie uświadamia. Uważamy, że kapitalizm to najlepszy z możliwych systemów, a wybór = wolność. Przecież nie było fajnie, kiedy za PRL nie mieliśmy nic, żadnego wyboru, więc teraz się nim (nadal) zachłystujemy. Nie myślimy o tym, że to wszystko jest głównie po to, by nam coś sprzedać i by biznes się kręcił. Jesteśmy tym przekazem płynącym zewsząd już tak przesiąknięci, że tego nawet nie zauważamy: godzimy się na wyśrubowane normy, które ktoś nam narzucił, udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, uśmiechamy się bo tak wypada i staramy się dostać do ideału życia lansowanego w reklamach. Sama mam subskrypcję w pewnym amerykańskim serwisie internetowym i codziennie dostaję z niego motywujące sentencje oraz artykuły w stylu: 10 nawyków, które mają ludzie sukcesu. Najpierw czytałam to zaciekawieniem, teraz zaczęłam to po prostu kasować i traktować jak spam - jestem już zmęczona tą nachalną ideologią, tym wyścigiem szczurów, tym dopasowywaniem się do wzorów, które tworzą inni. Nie mam oczywiście nic przeciwko doskonaleniu się, ale wszystko musi być po coś. Nie może wyglądać to tak, że robię to samej idei doskonalenia się, bo wypada, i że wyznaczam sobie jakieś cele, których osiągnięcie jest mi do niczego niepotrzebne. Pamiętacie może taki eksperyment, kiedy pewna kobieta postanowiła zacząć wdrażać rady z wszystkich poradników i efekt był taki, że czuła się po tym gorzej, niż przez rozpoczęciem owego eksperymentu? Można się też zastanowić jaki jest sens gromadzenia pieniędzy ponad poziom, który jest nam potrzebny do satysfakcjonującego życia. Niedawno natknęłam się na jakieś porównanie zarobków, w którym ktoś wypowiadał się tak: miał zwykłe buty Ecco, gdyby pracował tam i tam, miałby cztery razy więcej warte mokasyny. A ja zadałam sobie pytanie: i co z tego? Czy większy dom, albo markowa para butów nas uszczęśliwią?  Ostatnio będąc w hipermarkecie, rozejrzałam się wokół, spoglądając na to zupełnie z innego kąta i zadałam sobie pytanie: ale po co tego aż tyle??? Niejednokrotnie jakieś zjawisko jest kreowane po prostu przez jakąś gałąź przemysłu, branżę, lobbystów. Koronnym przykładem jest tu przemysł modowy i kosmetyczny; czy wiecie, że tzw. cellulit, który trzeba zwalczać został właśnie wymyślony na potrzeby przemysłu kosmetycznego? W rzeczywistości cellulit jest u kobiet czymś najzupełniej normalnym, czymś, czego wcale nie trzeba zwalczać, i dlatego też żadne środki nań nie skutkują... Tak samo nie da się "zarządzać" i dokonywać racjonalnych wyborów w sferze uczuć - to obszar, którego z definicji nie da się kontrolować i postępować racjonalnie, gdyż rządzi tu w dużej mierze nieświadomość.

    najważniejsze to samodzielnie kontrolować chaos w swojej głowie 

    Lekarstwem i prawdziwą ulgą od tej "filozofii wolnego wyboru" jest - paradoksalnie - ograniczenie wyboru do kilku opcji. W sferze konsumpcji sposobem radzenia jest ograniczenie swoich potrzeb i w ten sposób zredukowanie konieczności dokonywania wyboru (czyli po prostu nie kupowanie), lub - wprost przeciwnie - kompulsywne kupowanie wszystkiego. Zatem modny dziś minimalizm (a nawet gloryfikowanie biedy - niedawno czytałam o tym, jak bieda staje się "modna") jest również jakąś wersją ideologii wyboru (bo wybieramy się ograniczać). 

    Eseje Renaty Salecl pokazują jak na nasze wybory wpływają inni ludzie: presja społeczna, moda, obowiązujące paradygmaty, ustrój, w jakim żyjemy. Autorka idzie dalej, nie ograniczając się tylko do powierzchownych spraw i do konsumpcjonizmu, stąd uwagi dotyczące sfery emocjonalnej, czy nawet wiary w Boga (Innego).  Książka nie podaje jednak recepty, co z zrobić z nadmiarem opcji, z jakim mamy do czynienia - niestety wybór należy do nas.

    Metryczka:
    Gatunek: eseje
    Główny bohater: społeczeństwo
    Miejsce akcji: - 
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 192
    Moja ocena: 4/6

    Renata Salecl, Tyrania wyboru, Wyd. Krytyka Polityczna, 2013

    Książka bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka 

    0 komentarze:

    Prześlij komentarz

     

    Ulubione

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl