• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Na granicy zmysłów


    Śmiałem się tak, że aż mi łzy pociekły - owszem, koledze nie brak poczucia humoru, ale nie podejrzewałabym go o głośne chichotanie w środkach komunikacji publicznej. I tak w moje ręce trafiła książka Przemka Kossakowskiego, znanego Wam być może z cyklu Szósty zmysł, prezentowanego w telewizji TTV. 

    Człowiek bardzo często reaguje śmiechem, kiedy czegoś nie rozumie. Intensywność śmiechu wzrasta proporcjonalnie do braku zrozumienia. W tej sytuacji mamy taki poziom braku zrozumienia, że, no cóż... może jednak powinienem rozważyć utratę przytomności.

    Ale z czego właściwie się tu śmiać? Z tego, że uzdrowiciel oznajmia ci, że twój samochód jest... opętany, bo w kole zagnieździł mu się duch? Z lichutkiej aury? Z tego, że ktoś rzucił na ciebie klątwę przy pomocy ziemi z mogiły? Nie, to właściwie jest taki śmiech nawet nie przez łzy, ale przez wielki znak zapytania. Okadzanie, leczenie kryształami, gongami, modlitwy szeptunek, przeszywanie energią... Medycyna niekonwencjonalna to dziedzina rozległa i skrywająca wielkie tajemnice. Większość z nas, zdroworozsądkowo myślących osób nie zdaje sobie nawet sprawy, że obok nas żyją jeszcze szamani, kahuni, szeptunki i magowie. Relacja Kossakowskiego z Moskwy zakrawała niemal na jakiś wycinek z Mistrza i Małgorzaty. Trudno nam też sobie wyobrazić, że można w coś takiego wierzyć. W duchy, złą energię, rzucanie czarów, radiestezję, wudu. Choć przecież większość z nas, zdroworozsądkowo myślących osób wierzy w Boga. A przecież jego istnienia też nie da się udowodnić. Kiedyś nie rozumiano zjawiska elektryczności, nie wiedziano, że za roznoszenie chorób odpowiedzialne są wirusy i bakterie, a większość zdobyczy cywilizacji uznałby taki przybysz z przeszłości za cuda. Więc w sumie jaką mogę mieć pewność, że duchy naprawdę nie istnieją? Jestem dzieckiem rozsądku, w zjawiska paranormalne nie wierzę, ale jakoś do ich wyśmiewania też się nie palę. W pewnych sytuacjach bowiem ten śmiech jakby zamiera na ustach... No może nie wtedy, gdy pani opowiada o swoich podróżach na idealną planetę Nitron, na której mieszka Bóg. Albo kiedy czytamy o tym, jak trzysta duchów przesiada się z jednego auta do drugiego.... Przemek Kossakowski doświadczył tego wszystkiego, by tak rzec, na własnej skórze. Jak sam mówi, dziwnym zbiegiem okoliczności, często gdy pojawiał się z ekipą nagrywającą u uzdrowicieli, nie było u nich pacjentów. Szczerze mówiąc "często" to nie jest odpowiednie określenie. Właściwszym byłoby "najczęściej", ewentualnie "prawie zawsze", ostatecznie "zazwyczaj". No i Kossakowski musiał eksperymentować na sobie. Poddawać się diagnozowaniu licznych chorób, obmacywaniu, masowaniu, stawianiu baniek, obkładaniu wnętrznościami barana, a nawet leżeniu we własnoręcznie wykopanym grobie. I to dwa razy. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, więc i jemu spowszedniało... Pamiętam, jak kiedyś karty tarota wydawały mi się majestatyczne i groźne. (...) Kiedyś potrafiłem poczuć zimno, przesuwając dłonią nad kartami śmierci. Teraz już nic nie czuję. Coś tak jakby mi przeszło.

    Udawał dziennikarza 

    To, co Koska opisuje jest miejscami tak dziwaczne, że zastanawiałam się nawet, czy autor co nieco nie konfabuluje... Przy wszystkich nieprawdopodobnych historiach i dziwnych ludziach, jakich spotkał Kossakowski, to osobowość samego reportera jest tym, co najbardziej fascynuje. Bardzo mocno się ona zaznacza w książce. Generalnie ta książka jest bardziej o odczuciach autora i jego odbiorze świata, niż o bohaterach jego niekonwencjonalnych podróży - i w tym sensie oczywiście  jest ona mało profesjonalnym reportażem, choć nie wydaje mi się, by Koska miał na celu epatowanie sobą. Kossakowski opowiada co nieco o sobie, zdradza, jak w ogóle doszło do tego, że wylądował w telewizji i został reporterem. Bo z zawodu jest... nauczycielem przedmiotów artystycznych. Bezrobotnym. Imał się różnych prac i najwyraźniej w ogóle mu to nie przeszkadzało. Z telewizją, ani dziennikarstwem nie miał przedtem nic wspólnego. Cechuje go dezynwoltura właściwa artystom. To klasyczny "wolny duch". Z ogromnym dystansem do życia i samego siebie, może trochę szalony. Powiedzmy sobie szczerze - kto normalny pisałby się na coś takiego, jak zobaczyliśmy w jego programie? Kto oglądał, ten wie, że Koska to wariat. Myślę sobie, że musi go cechować ogromna otwartość na świat. Umiejętność wchodzenia w różne sytuacje i akceptowania ich. Stoicyzm, ale zarazem umiejętność kontrolowanego zawieszenia niewiary. Tu niby ironia, luzik, brawura nawet, ale z drugiej strony jak inaczej dziennikarz mógłby powstrzymać śmiech w obliczu odczyniania czarów, przywoływania duchów czy opowieściach o obcych? I zachować do tych ludzi szacunek, a u siebie zdrowe zmysły? Zadziwiające, bo kontakt z ową "podrzeczywistością" może faktycznie zmienić percepcję i zasiać wątpliwości: 

    Rozpięto mnie między dwoma światami. Dwiema rzeczywistościami, które nijak do siebie nie przystają. W jednej rzeczywistości nie wierzę w nic, co nie jest wiarygodne i poparte dowodami. (...) W drugiej przyjmuję za pewnik, że obok mnie jest cały czas duch nieżyjącego dziadka i ma bardzo krytyczne zdanie na mój temat. Zastanawiam się, czy uda mi się dokonać niemożliwego i pożenić nieprzystawalne puzzle, czy może jednak zrezygnuję z jednej optyki na rzecz drugiej. A jeżeli tak będzie, to co uwiedzie mnie bardziej: "szkiełko i oko", czy "czucie i wiara". Jeszcze miesiąc temu spór wydałby mi się absurdalny. 

    Mimo wszystko śmiałam się przy lekturze Na granicy zmysłów, bo po prostu nie da się przy tym nie śmiać. Autor ma tak zabawny sposób opisywania rzeczywistości i jest tak uroczym gadułą, że wybaczałam mu nawet gdy przez kilka stron nawija o tym samym, zasadniczo odbiegając od tematu.  Wiecie, taki styl bardzo przypominający mi Wojtka Cejrowskiego, choć o wiele bardziej naturalny, nieoszlifowany, chaotyczny - widać, że brak tu warsztatu. Tak, nieoszlifowany diament to porównanie, które dobrze pasuje do Kossakowskiego. Do tego Koska jest całkiem utalentowanym malarzem - w książce znajdują się zdjęcia namalowanych przez niego obrazów (związanych z programem) - chłopina ewidentnie marnował się, dopóki nie odkryła go telewizja. Konkluzja z tego taka, że w Na granicy zmysłów więcej jest samego Kossakowskiego, niż reportażu, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało, bo znalazłam autora bardzo ciekawą osobą, z dużym potencjałem, którego - mam nadzieję - nie będzie dłużej trwonić.

    Metryczka:
    Gatunek: reportaż
    Główny bohater: autor kontra szamani
    Miejsce akcji: Polska/Ukraina/Rosja
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 402
    Moja ocena: 5/6

    Przemek Kossakowski, Na granicy zmysłów, Wyd. Otwarte, 2014  

    Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam opasłe tomiska

    1 komentarze:

    1. To prawda, że wypadło chaotycznie i na konfabulacje też bym stawiała miejscami... A jednak ta książka i mnie bawiła. Z przymrużeniem oka. Z dystansu.

      OdpowiedzUsuń

     

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl