Gdy sprzedaliśmy Oko Boga
W skład zachodniej wizji rozwoju wchodziło jednak i to, że najrozleglejszy las deszczowy na ziemi, cudowny system, obfitujący w życiodajną wodę, w dziesiątki tysięcy gatunków flory i fauny, w zasoby naturalne wciąż nie w pełni rozumiane przez naukę (...) - system, który przez setki, jeśli nie tysiące lat tworzył warunki sprzyjające warunki dla 20 milionów ludzi - ustąpi miejsca szosom i hodowli bydła.
Reportaż Alexa Cuadrosa nie dotyczy tyle szkód środowiskowych w Amazonii (choć o tym możnaby niestety napisać tomy), co koncentruje się prześladowaniach oraz przemianach ludności rdzennej. Do tej ludności, jak doskonale wiadomo, biali zawsze prezentowali podejście jak powyżej, czyli jakby ludzi tych na podbijanych terenach nie było, a jeśli już dawali oni o sobie znać, że jednak ‘są”, nie byli oni postrzegani jako “ludzie z moralnym prawem do swojej ziemi, lecz jako dzikie stworzenia, które należy wyeliminować, żeby te tereny przynosiły zyski”. Tak działo się wszędzie: w Ameryce Północnej, Południowej, Australii, Afryce. W najlepszym razie autochtoni byli zachęcani czy też raczej przymuszani do porzucenia swojego tradycyjnego i przyjęcia zachodniego stylu życia, postrzeganego oczywiście jako “lepszy” i bardziej cywilizowany. Do zmienienia się z myśliwego i nomady, w rolnika i pracownika. Oczywiście państwo ma w tym swój interes. Cuadros pokazuje jak przebiegał ten proces w przypadku amazońskiego ludu Cinta Larga od samego początku, czyli od stanu, kiedy plemiona te nie miały w ogóle kontaktu z białym człowiekiem i prowadziły prymitywne życie, jak ich przodkowie i przodkowie przodków. Żywili się tym, co upolowali w dżungli, nie gromadzili dóbr, więc niewiele im było trzeba i nie znali oczywiście pojęcia pieniędzy. Pierwsze kontakty z białymi ludźmi były ostrożne, a mimo to przyniosły rdzennym szczepom śmierć, wskutek zarażenia się chorobami, których nie znały ich organizmy i na które nie byli uodpornieni - dokładnie tak samo, jak stało się podczas konkwisty we wcześniejszych wiekach. Potem nastąpiła stopniowa asymilacja, przyjmowanie zachodnich wzorców, jako że i autochtoni byli ciekawi nowych, nieznanych im rzeczy, a bogactwa i życie pełne wygód kusiło. Niestety skutki były dla nich opłakane, gdyż pozbawieni kapitalistycznej mentalności białego człowieka i patrząc na świat zupełnie inaczej, tubylcy wrzuceni nagle w ten świat, zachowywali się bardziej jak dzieci w sklepie ze słodyczami, a nie odpowiedzialni obywatele: pieniądze przeciekały im przez palce, uzależniali się od zachodniego śmieciowego jedzenia, a mężczyźni stawali się coraz bardziej przemocowi.
W całym kraju rdzenna ludność, z którą świeżo nawiązano kontakt, dawała się nabrać na strategie marketingowe Funai. Patrzyła jak jej dawny “dobrobyt”* znika, a zastępuje go życie w niedostatku. Państwo brazylijskie - pisał antropolog Eduardo Viveiros de Castro - zamieniło Indian w biedaków.
Chcemy przypomnieć, że my, właściciele ziemscy, ofiary tego podstępnego, nikczemnego incydentu jesteśmy kolonizatorami stanu Rondonia (...) zachęcanymi przez rząd do podboju Amazonii i budowy nowego silnego kraju. To my jesteśmy anonimowymi bohaterami tej historii, ostatniej epopei poskromienia przez człowieka ostatniej pustej przestrzeni na Ziemi.
Reportaż ten zmusza do postawienia sobie pytania, na które chyba nie ma dobrej odpowiedzi: czy powinniśmy włączać ludność rdzenną w tryby naszej cywilizacji, czy też zostawić ją w spokoju? Z jednej strony widzimy, że taka asymilacja - zwłaszcza że przeprowadzana często na siłę (jak to dawniej bywało: zmuszanie autochtonów do przyjmowania naszych obyczajów, religii, przy jednoczesnym rugowaniu ich kultury) przynosi im więcej szkód, niż pożytku. Jakimś dziwnym trafem tubylcy przyjmują tylko negatywne cechy naszej cywilizacji, a te pozytywne pozostają dla nich i tak niedostępne. Czyli: szastają pieniędzmi na przyjemności (jeśli te pieniądze mają), ale najczęściej żyją w ubóstwie, bo brak im możliwości edukacji i dobrej pracy (a też są dyskryminowani ze względu na pochodzenie). Uzależniają się od alkoholu, tyją od niezdrowej żywności i braku ruchu, zaczynają chorować na choroby cywilizacyjne, szerzy się wśród nich przemoc. A choćby nie wiadomo jak się starali, upodobnili się do białych, to biali i tak będą traktować ich jako “gorszych”. To również historia stopniowej utraty własnej tożsamości, a zlewania się z białą ludnością. Można powiedzieć: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Nie lepiej byłoby im tak, jak kiedyś? Przecież pierwotne życie to opis jak żywcem przeniesiony z biblijnego raju. Owszem, trudno zaprzeczyć, że dzięki cywilizacji żyje się nam o wiele lepiej, niż dawniej: mamy ciepłe domy, z bieżącą wodą i prądem, nie musimy uganiać się za jedzeniem, mamy lekarstwa na wiele chorób, które dawniej kończyły się śmiercią, możemy szybko się przemieszczać i komunikować ze sobą, a do wykonania pracy zaprząc wiele różnych maszyn. Ale to dopiero tak naprawdę od XX wieku, bo wiedząc jak większość ludzi żyła w dawnych wiekach (w tym ci, którzy przybywali by kolonizować dzikie ludy), to trudno uznać, że było to życie znacząco lepsze od życia społeczności prymitywnych. I dotyczy to tylko uprzywilejowanej części ludzkości, bo nie wszyscy mają szczęście, by żyć w takich warunkach… Za to wygodne i pełne dóbr materialnych życie płacimy ciężką pracą, chorobami cywilizacyjnymi, degradacją środowiska, wojnami i wieloma nieszczęściami. Dlaczego więc uważamy, że nasza cywilizacja, skażona wszelkimi możliwymi występkami, a jak by powiedzieli ludzie wierzący “grzechem pierworodnym” - jest lepsza od życia ludzi pierwotnych? Nomen omen to kolejna sprzeczność tkwiąca w pismach religijnych, która jakoś ludziom umyka… I dlaczego zmuszamy wszystkich, czy tego chcą, czy nie, by przyjęli ten styl życia? Jak przekonywał indiańskich wodzów George Washington: “Warto, abyście nauczyli się naszych sztuk i rzemiosł, przyswoili sobie nasz sposób życia, a nade wszystkim przyjęli wiarę chrystusową, albowiem dzięki temu staniecie się narodem wspanialszym i szczęśliwym”**. Serio? A z jakiej racji państwo rości sobie prawo do ich sądzenia i oceniania wedle naszego systemu wartości (do którego przyjęcia ich zmusiliśmy), takich jak żądza bogactw i dóbr, skoro Indianie tych wartości nie rozumieją, a nawet je potępiają? W Oku Boga opisano jak zbliżenie się cywilizacji do rdzennych plemion prowadzi do konfliktu, który coraz bardziej eskaluje. Ani jedna strona, ani druga tego konfliktu nie jest bez winy, jednak logicznie rzecz biorąc pierwotnymi mieszkańcami Amazonii byli Indianie, a nie biali, zatem przeganianie ich z ich ziem, dokonywanie wycinki lasu by zamienić go w pola czy pastwiska, zakładanie “prywatnych” kopalni w dżungli (zgodnie z prawem wydobywanie zasobów naturalnych leży w gestii państwa) - wszystko to jest zwyczajna grabież.
Z drugiej strony nie możemy też ludziom rdzennym zabierać dostępu do zdobyczy cywilizacyjnych i zamykać ich w skansenach, z czego znowu zysk czerpać będą biali… Jest zrozumiałe, że ludzie chcą się rozwijać, dążą do wygód, a kontrast między taką pierwotną egzystencją, a egzystencją zaawansowanej cywilizacji jest już zbyt duży, by mógł się utrzymać. I prawda jest taka, że tam, gdzie postawi stopę biały człowiek, tam gdzie dotrze nasza cywilizacja, tam nie ma już odwrotu od postępu. “Cywilizacja” zaczyna się szerzyć jak choroba. Tylko że jakoś dziwnym trafem zawsze jest to ruch dość jednostronny - przechodząc na stronę cywilizowaną ludzie czerpią z niej głównie negatywne wzorce, a jakoś nigdy nasza zachodnia cywilizacja nie czerpie nauk i wartości od ludów rdzennych. Chyba że po długim czasie, jak już prawie nic z nich nie zostanie. Dziś mamy tego trochę większą świadomość, ale ten wzorzec powtarzał się zawsze i wszędzie, gdzie tylko dotarli biali kolonizatorzy - i jest nadal obecny, skoro w XXI wieku biali nadal traktują rdzenną ludność z pogardą. Co zrobić, żeby tak to nie wyglądało, by ludność rdzenna przejęła z cywilizacji to, co najlepsze, włączając ją we własną kulturę, a nie rezygnując z tej kultury?
Metryczka:
Gatunek: reportaż
Główny temat: zagłada vel asymilacja rdzennych amazońskich plemion
Miejsce akcji: Brazylia
Czas akcji: XX wiek
Ilość stron: 320
Moja ocena: 4,5/6
Alex Cuadros, Gdy sprzedaliśmy Oko Boga. Diamenty i śmierć w Amazonii, Wydawnictwo Bo.wiem, 2026
*antropolodzy określają społeczności zbieracko-myśliwskie jako “pierwotne społeczeństwo dobrobytu”
**w tym samym zaś czasie amerykański generał niszczył irokeskie osady i niewolił indian







Komentarze
Prześlij komentarz