• ...umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować swoją ostrość...

    Dochodzenie


    Co też mnie podkusiło, żeby zabierać się za Dochodzenie, skoro do tej pory walało się to po księgarniach, a mnie w ogóle nie ruszało? Myślałam, że odkryję drugie Millenium? Bo cykl Davida Hewsona to trzy grube tomiska - pierwsze ma ponad 800 stron, kolejne niewiele mu ustępują. W pierwszej części zamordowana zostaje młoda dziewczyna i wszystko wskazuje, że w sprawę zamieszane są osoby ważne i wysoko postawione: politycy rządzący Kopenhagą. Na tym jednak podobieństwa do Millenium się kończą. Trylogia Dochodzenie zresztą nie jest (o dziwo) promowana porównaniami z Larssonem, lecz tym, iż powstała na podstawie serialu. Serial był duński, ale była też wersja amerykańska, The Killing, której nazwa jest używana w tytule książki. Nie wiem po co, skoro Hewson swoją powieść oparł o duński oryginał - chyba po to, by wprowadzić większe zamieszanie. Na ogół zresztą kręci się filmy na podstawie książek, a nie na odwrót - a na przykładzie Dochodzenia jasno widać czemu. Ta książka to bowiem nie jest literatura, a jakiś produkt książkopodobny. Bliżej mu do scenariusza filmowego, niż powieści. Składają się nań w większości dialogi oraz krótkie zdania określające okoliczności wydarzeń. Najczęściej zresztą nie są to nawet zdania, a równoważniki zdań, albo same pojedyncze wyrazy. Autor nie sili się na jakiekolwiek opisy, nie kłopocze się pogłębieniem portretów bohaterów, nie wspominając już o kreśleniu wątków natury psychologicznej, czy socjologicznej, tak często obecnych we współczesnych kryminałach. Kwestie dialogowe często pozostają niedokończone (wielokropki) - nawet tu autorowi nie chciało się włożyć trochę inwencji; niedokończone wypowiedzi zapewne sprawdzają się na ekranie, bo tam przecież jeszcze mamy mowę ciała, zastępującą słowa - ale nie w wersji pisanej! Do tego co chwilę zmieniają się sceny - ciągle przerzucamy się pomiędzy jednymi bohaterami, a drugimi. Dokładnie tak, jak wygląda to w filmie. Klatka, cięcie. Zapewne taki styl miał maksymalnie zdynamizować powieść, ale na mnie zrobiło to fatalne wrażenie. Bo ja lubię snucie opowieści. Lubię ładne, okrągłe zdania, które harmonijnie łączą się w całość. Po to czytam książkę - gdyby zależało mi wyłącznie na akcji, obejrzałabym serial. Czytając Dochodzenie natomiast miałam wrażenie zlepku słów. Czułam się, jakbym rąbała drzewo. Zero finezji, zero kreatywności. Ciach, ciach, ciach. Przez 800 stron. Zresztą, gdyby Hewson napisał tę książkę, zgodnie z regułami pisania prozy (a nie scenariuszy filmowych), to musiałaby ona mieć pewnie z 1800 stron. I to jest odpowiedź na pytanie, czemu nie pisze się książek na podstawie seriali.

    Za fabułę też nie ma co chwalić, bo przecież nie jest nawet oryginalna, Hewsona, a poza tym nie ma w niej nic ciekawego. Może w serialu było lepiej? Nie wiem, nie widziałam. Policja goni w piętkę, rzucając bezmyślnie oskarżenia na prawo i lewo, bez żadnych dowodów, a podejrzenia błyskawicznie zamieniają się w pewność. Policjantów nie powstrzymuje nawet to, że za każdym razem okazuje się, że się mylili. Podejrzani zmieniają się więc co chwila. Niektórzy widzą to tak, że sprawa jest tak zawiła, iż sprawcą może się okazać każdy - nic podobnego - to nieudolne działania policji sprawiają, iż tak to wygląda. Bo przecież każdy kłamie (którą to tezę lansował już Dr House), a skoro kłamie, to pewnie zamordował! Zastosowany filmowy schemat jest tu dosyć czytelny i kiedy powtarza się po raz kolejny - zaczyna to być męczące. Autor nie daje też czytelnikowi żadnych wskazówek, przez co stajemy się tylko biernym widzem prowadzonego śledztwa. A ci bohaterowie! Prowadząca sprawę policjantka Sarah Lund początkowo wydawała mi się inteligentna i sprawna, lecz w miarę obserwowania, jak działa po omacku i popełnia błąd za błędem, coraz bardziej zmieniałam o niej zdanie. Zaniedbana pracoholiczka, mająca gdzieś swoją rodzinę. I chodząca w kółko w tym samym swetrze (który ma być jej znakiem rozpoznawczym) - a właściwie nie tym samym, tylko takim samym. Kto to w ogóle wymyślił - na pewno jakiś facet! Z kolei jej partner, Meyer, z początku wydaje się wyjątkowym dupkiem - porywczym maczo, najpierw działającym, a potem myślącym - dopiero z biegiem czasu zyskuje. Są jeszcze zrozpaczeni i wyjątkowo denerwujący rodzice zamordowanej Nanny oraz cała zgraja zblazowanych polityków, myślących oczywiście tylko o własnych stołkach. Jednym z powodów, dla których sięgnęłam po Dochodzenie, było usytuowanie akcji w Kopenhadze. Niestety w powieści absolutnie brak jakiegokolwiek klimatu tego miasta - no bo przecież autor nie zawracał sobie głowy zbędnymi opisami - akcja Dochodzenia równie dobrze mogłaby się toczyć w Berlinie, Malmo, albo Filadelfii.


    W internecie na temat Dochodzenia same ochy i achy. Najczęściej powtarzającą się pochwałą jest to, że "książkę szybko się czyta". Sama czasem posługuję się tym argumentem, ale nie jako jedynym kryterium. Przecież to, że coś szybko się czyta, nie znaczy, że jest to dobre! Zwłaszcza, jeśli jest to w zasadzie jedyny walor książki. W ogóle co to za kryterium? Dla pobijaczy jakichś rekordów w tempie składania literek? Czyta się przecież dla przyjemności, żeby się zrelaksować, a nie by było szybko. Widzę tu wpływ choroby cywilizacyjnej, o której tak pięknie napisał Jacek Dukaj w ostatnim numerze "Książek": wielozadaniowości, nieumiejętności skupienia się, ciągłego przerzucania się z jednej rzeczy do drugiej. Ilość informacji, jaka nas atakuje ze wszystkich stron powoduje, że czujemy na sobie presję czasu, by to wszystko ogarnąć. I nawet książkę chcemy przede wszystkim przeczytać SZYBKO. A żeby było szybko, najlepiej, by była napisana właśnie tak, jak napisane jest Dochodzenie... Tylko, że mnie Dochodzenia wcale nie czytało się szybko. Męczyłam się z nim niemiłosiernie. Nie potrafiłam wczuć się, skupić na treści, bo ta ciągle migała, jak w kalejdoskopie. Miałam dość już po 150 stronach. Czytałam dalej tylko dlatego, że byłam ciekawa, kto zabił. Głupia ja - łatwiej byłoby przeczytać ostatnie kilkadziesiąt stron, bo cała reszta to tylko bicie piany. Tylko, że nie lubię takich oszustw.

    Ta książka jest zła. Pod względem treści, bohaterów, stylu, wszystkiego. Jak tak ma wyglądać nowoczesne powieściopisarstwo to ja idę odkurzać półki z klasyką w bibliotece. Albo nie, też skopiuję jakiś serial i zbiję na tym kasę. Spiszę dialogi, dorzucę trochę didaskaliów i już. Myślę o The Fall - przynajmniej był inteligentny i z nietypowymi bohaterami.

    Masakra.

    (i strasznie wk...wia)

    Metryczka:
    Gatunek: kryminał
    Główny bohater: Sarah Lund
    Miejsce akcji: Kopenhaga
    Czas akcji: współcześnie
    Ilość stron: 880
    Moja ocena: 2/6

    David Hewson, Dochodzenie, Wyd. Marginesy, 2013 

    Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam opasłe tomiska 

    2 komentarze:

    1. oglądałam The Killing jako serial (http://www.filmweb.pl/serial/Dochodzenie-2011-576962) i muszę powiedzieć, że wciągnął mnie od pierwszego odcinka! Pierwszy sezon godny polecenia, z kolejnymi niestety gorzej... Kiedy dowiedziałam się, że jest książka - zwróciło to moją uwagę i gdyby nie Twoja recenzja pewnie bym się pokusiła, ale teraz już raczej tego nie zrobię. Ufam Ci, bo przy "W blasku gwiazd" miałyśmy podobne odczucia.

      OdpowiedzUsuń
      Odpowiedzi
      1. Jeśli widziałaś serial, książkę możesz sobie spokojnie podarować

        Usuń

     

    About Me

    Moje zdjęcie
    Katowice, Śląsk
    Mól książkowy starej daty. Z urodzenia i zamieszkania Ślązaczka, choć serce ciągnie mnie w góry. Kocham przyrodę, ciepło i słońce. Zachwycają mnie krajobrazy południowej Europy, jestem italofilką. Uwielbiam koty i żałuję, że mam zbyt małe mieszkanie, by przygarnąć jeszcze co najmniej jednego. Najlepiej rudzielca :) Kontakt do mnie: joly_fh@gazeta.pl